A ostawiwszy dalszą rozmowę z królem, odszedł ku miejscu, gdzie się owo zjawisko ukazało.
Aż oto drabinę zabrano za mury, a owe gołębie zniknęły jako widziadło. Po niejakim dopiero czasie ukazał się Geradajos, za nim spora gromadka dziewcząt, w białe płótnianki z litewska odzianych. Za nimi kroczący poważnie w białym swym płaszczu Henryk Leuchter.
— Najmiłościwszy panie... — począł Geradajos, ujrzawszy Witolda.
Lecz sekretarz Plauena nie dał mu dokończyć, jeno wysunąwszy się naprzód, począł:
— Henryk von Plauen, przyszły mistrz Zakonu, prowadzący wszelkie w nim obecnie sprawy, odsyła te oto gołębice zabrane różnymi czasy w żmudzkiej i litewskiej ziemi, chcąc tym sposobem dać zadatek przyjaźni, w jaką chce wejść z waszą miłością, jako wielkim księciem Litwy.
Zaiskrzyły się ciemne źrenice Witolda, spojrzał przenikliwie na mówiącego, potem podniósł wzrok na gromadkę wylękłych dziewcząt. Widok ich przypomniał mu snadź litewskie zagrody. Serce wojaka zakołatało cieplejszym jakimś tętnem, pohamował jednak wzruszenie i rzucił suchym, obojętnym głosem:
— Wdzięczenem bardzo wielkiemu mistrzowi. — Potem, spojrzawszy na stadko przytulonych do siebie dziewcząt, dodał: — Odpłacimy hojnie, uwolnimy tyluż jeńców...
— Och! — odparł kładąc rękę na sercu Leuchter i zginając się w ukłonie.
— Geradajosie, wierny mój druhu! — zwrócił się książę do przypatrującego się tak ciekawie przybyłym, jakby każdą z osobna chciał zbadać.
Leuchter widząc, że Witold podziękowaniem zakończył z nim rozmowę, odszedł nie wyrzekłszy już i słowa.