Radość przeleciała jak błyskawica, zakołatała we wszystkich sercach nadzieją odwrotu. Poglądano ciekawie.
Białe postacie, zbite w gromadkę, stały teraz, nie ruszając się. Ale spuszczono z murów sznurową drabinę, po niej zaczął zstępować Henryk Leuchter, obecnie sekretarz Plauena. Jego płaszcz biały, rozwiewający szeroko, złudził samego nawet Jagiełłę i Witolda.
— Poddają się? — spytał monarcha.
— Dobrze, bo w moim obozie biegunka, coraz więcej chorych... — odparł ponuro Witold. Lecz gdy się przypatrzył, rzekł: —
— Nie, to coś innego.
I wskazał ręką na mury.
A oto po tejże samej drabinie za Leuchterem zstępowały białe dziewczęce postaci. W blasku promieni słonecznych wyglądały jak stado gołębi, które w przestrachu przysiadają ku ziemi.
— Co to zacz? — spytał Jagiełło, przysłaniając ręką oczy od słońca.
Witold podjął również dłoń swą szeroką do czoła.
— Co to za sztuczka krzyżacka? — mruknął.