— Gdzież mnie zawiedziesz, ty podły lisie?

Leuchter skinął na przybyłych z nim zbrojnych. Ci przysunęli się z przygotowanymi więzami.

— Co? — zapytał Plauen tak wyniosłym głosem i zmierzył ich tak dumnym spojrzeniem, że ci opuścili ręce. — Czy myślisz, ty psie podły, ty hańbo Zakonu, że ja, wielki wasz mistrz, jestem takim, jak ty, gadem?! — zawołał Plauen. I splunął w twarz Leuchterowi, a otworzywszy okno, grzmiącym głosem rozkazał: — Zbroję i konia!

I siadł najspokojniej na dawnym swym miejscu. Leuchter nie spuszczał go z oczu. Plauen zdawał się nie postrzegać jego obecności. Patrzył dumnie przed siebie, a żaden muskuł na jego twarzy nie drgnął niepokojem. Lecz żaden też odgłos w podwórcach nie znamionował obrony.

Głuche stąpanie kopyt końskich i chrzęst niesionej zbroi przerwał ciszę. Plauen podniósł się. Otoczyli go zbrojni.

Gdy był przed gankiem i giermek chciał mu podać zbroję, Leuchter odsunął go, odzywając się rozkazującym głosem:

— Zbroja i miecz niepotrzebne!

Hilt wykrzywił uśmiechem swą płaską twarz. Ulubiony pies nawinął się pod nogi Plauena, lecz ten kopnął go w brzuch ostrogą tak silnie, że od razu jelita z niego wyszły, a biedne zwierzę tarzało się w konwulsjach konania.

— Tak będzie z całym Zakonem! — rzucił Plauen, wskazując psa, i dosiadł konia.

Otoczono go ze wszech stron. Leuchter jechał tuż obok, bacząc na każdy ruch więźnia.