— Tłum ludu przyszedł ze skargą, że im podjazd krzyżacki zabrał dobytek, a kobiety i dzieci zabiera do niewoli. Tenże sam podjazd gotuje się do oblegania zamku.
— Gotować się do obrony, zwołać, kto żyw w zamku! — wydawał Witold rozkazy, zgrzytając zębami. I przypasywał miecz, a jednocześnie zwracając się do posłów, mówił: — Wybaczcie, muszę przyjąć nowych gości.
— My z wami! — zawołał Skarbek, oglądając się za odpasanym mieczem.
— Mamy nieszpetny, dobrze uzbrojony poczet. Trzeba mu dać rozkazy — rzekł Nałęcz.
I pochwyciwszy miecz, wybiegł, a Skarbek i książę pospieszyli za nim.
— Nie czekać, aż się wezmą do szturmu, wyjść naprzeciw! W polu damy im radę! — rozkazywał Witold.
Wkrótce niewielka załoga co tylko wystawionego zamku przebiegła most i nim Krzyżacy się opatrzyli, otoczyła ich ze wszech stron.
Zawrzała walka sroga, zacięta.
Chłopi okoliczni usłyszawszy, że książę stanął w ich obronie, pochwycili topory, siekiery, drągi, co kto miał pod ręką, zajęli tyły Krzyżakom, a kobiety i dzieci podawały kamienie lub z całej siły rzucały je na nieprzyjaciół. Dowództwo nad nimi objęła młoda i rosła dziewka, z nią druga, dość leciwa, ale wielce krzepka i sprawna, umiejąca sobie radzić jakoby wódz wyćwiczony.
Po dwugodzinnej walce Krzyżacy leżeli zabici lub ranni pod murami Wielony; inni, powiązani przez chłopów, rzuceni jak snopy, oczekiwali swego losu.