— Poznaję w tym szlachetne serce Sali!
Przybrał więc nieszpetny poczet i z wiernym sobie Bonifacjuszem pociągnął pod Horodło.
Tam rumor był wielki, bo oto właśnie przygotowano po lewej stronie Bugu wzniesienie dla monarchy i przedniejszych panów, a nieco na uboczu dla ich żon i córek. A po prawej stronie rzeki — dla Witolda, jego dostojników, znaczniejszych bojarów, także i ich niewiast.
Kiedy Karol von Leuwarden pokłonił się Janowi z Tarnowa, jako opiekunowi Sali, ten rzekł:
— Szczęście, jakie cię czeka z pojęciem za małżonkę takiej narzeczonej, jaką jest Sala, nie byle szczęściem nazwać się może!
— Postaram się zasłużyć na nie, wypłacając się swą pracą krajowi, któremu wiernie chcę służyć — odrzekł Karol.
Po czym kasztelan przypomniał go królowi, a monarcha polecił w swoim orszaku go umieścić.
Aż oto wśród iskrzącego się pogodą jesiennego słońca wypłynęły łodzie od jednego i drugiego brzegu rzeki. Na jednych powiewały chorągwie i znaki polskie, na drugich — litewskie i żmudzkie. A w słońcu błyszczały tysiącem najcudniejszych barw, a skłaniając się wzajem ku sobie, zdawały się mówić:
— Niechaj, jak to słońce, co nas ogrzewa, i miłość bratnia nas zjednoczy!
Wtem uderzył dzwon. Uciszyło się wszystko. Wtedy arcybiskup i podkanclerzy państwa, Mikołaj, powstał i donośnym głosem czytał: