— Nie bójcie się, pamiętam przelaną krew ojca, krew mego narodu!

— Jest nas tylko dwoje. Na nas ciąży cały obowiązek — szeptała Sala, czepiając się rąk knechta.

Ten wszakże, nie chcąc przedłużać swego pobytu za murami, szepnął teraz:

— Trzeba o niebywałej sile krzyżackiej naszych jak najprędzej powiadomić.

I ostatnim wysiłkiem wydzierał kobiałki.

Kobiety oddały je wreszcie, on zaś uderzył jedną i drugą w kark, te powaliły się na ziemię, jęcząc wniebogłosy. Na zakończenie kopnął je nogą. Obie staczały się po gładkiej murawie wału. Jakub zabrawszy kobiałki wracał śpiesznie tąż samą ukrytą furtą.

Gdy znalazł się w podwórcu, z wielkim triumfem i ożywieniem pokazał oczekującemu Falsowi swą zdobycz. Niebawem obaj siedząc w czatowni, raczyli się smacznym owocem.

— Te wiedźmy, to prawdziwe czarownice! Tfuj! — mówił Jakub, spluwając. — Najwidoczniej mają jakąś nieczystą w sobie siłę. Ledwiem je zmógł!

— Ba, jak czarownice — rzekł Fals z przekonaniem, pakując do ust całą garść jagód. — Ale się broniły, no! Myślałem, że im nie podołasz! — dorzucił.

— Eh, toćem nie ułomek! Ale tak się mnie czepiły na wszystkie strony jak pijawki, a gadają tak, że nic zrozumieć nie można.