— Ba, zwyczajnie, polskie świnie. Toć ich tu jeszcze pełno po wsiach — mówił Fals z pogardą.
Jakub haniebnie się w tej chwili skrzywił i splunął gwałtownie. Ale zaraz rzekł:
— Znać w jagody jakiegoś robaka wsadziły.
— Cha! cha! cha! To umyślnie dla ciebie! — zaśmiał się Fals. — Nie jedz już, bracie, nie jedz. Ostaw resztę dla mnie! — śmiał się dalej czatownik, wysypując resztę jagód z kobiałki do szeroko rozwartej gęby.
Zapach jagód rozszedł się po czatowni, ale Jakuba woń ta nie nęciła. Wciąż spluwał, a opuszczając czatownię, zaciskał pięści, jak gdyby chciał nimi kogoś uderzyć.
Zabrał się też zaraz do dalszego zamiatania podwórca, a czynił to z wielką zaciętością, wywierając złość na miotle, na długim kiju osadzonej.
— O, najdroższe, najpiękniejsze wiedźmy, dzięki wam za onego robaka, co go zgryzł wasz pogromca, inaczej byłby mi z pewnością drugiej nie zostawił — mówił do siebie Fals, zabierając się do otworzenia drugiej kobiałki.
Wtem zaroiło się w podwórcu wracającymi knechtami. Falsowi przyszła znać inna myśl do głowy, bo odstawił kobiałkę, nie tkniętą, i patrzył za mury wzrokiem człowieka spełniającego pilnie swój obowiązek. Po chwili wszedł inny knecht, żeby go zastąpić, i zaraz na wstępie rzekł:
— O, jak tu wonieje!
Fals podetknął mu pod nos zamkniętą kobiałkę, którą poprzednio wraził w pętlę długiego sznura i śmiejąc się zawołał: