— Żebyś się udławił! Żebyś nic nie miał w życiu, jeno ten ostatni łyk cienkiego piwa! — zawołał ten, który go tak po przyjacielsku przywitał. — Nie dość, że pije jak potwór morski, ale jeszcze sobie kąpiel z piwa urządza! — dodał z wielkim oburzeniem, zaglądając do wnętrza konwi.

Zostało w niej jeszcze kilka łyków, którymi nie pogardził przybyły i wiernie do ostatniej kropli wysączył. To zajęcie się przybysza smakowitym napitkiem pozwoliło Falsowi oprzytomnieć, zerwać się i strząsnąć z siebie ociekające piwo.

— I żeby tak marnować dary boskie — westchnął oglądając się, kto go tak poczęstował. — Ba, nie kto inny, jeno ten kulas, Hilt — rzekł zbliżając się z podniesioną pięścią do pijącego.

Ale ten właśnie konew do szczętu wypróżnił, a obcierając dłonią usta, mówił:

— Nie z pięścią, lecz z wyciągniętą prawicą powinieneś przyjść do mnie — ozwał się Hilt.

— Jak to? — spytał Fals, wytrzeszczając oczy.

— Przede wszystkim, żem ci przeszkodził w spełnieniu śmiertelnego grzechu, jakim jest łakomstwo i pijaństwo: po wtóre, żem cię uwolnił od konwi, za którą oglądają się w podwórcu, a za którą zostałbyś przez Bibera wtrącony do ciemnicy co najmniej na cały dzień o suchej gębie.

— Biber się zestarzał...

— Zestarzał się, ale niemniej z piwem jest w zgodzie, a obowiązki przełożonego nader pilnie sprawuje — przerwał Hilt.

Fals poskrobał się w gęstą czuprynę i leniwym krokiem od furty odchodził.