— Cóż ten bestia myśli, że ja próżną konew będę za nim nosił? — mruknął miły towarzysz. Kopnął też z pogardą bezużyteczny sprzęt w tej chwili i krzyknął za odchodzącym: — Dokąd się wleczesz, dokąd?!
Fals udał, że nie słyszy, i szedł dalej. Hilt zaś, jakby mu nagle przyszła jakaś myśl szczęśliwa, uśmiechnął się i zabrał wzgardzoną konew. Szepnął też przy tym:
— Poczekaj, będziesz ty się miał z pyszna.
I kulejąc podążył za towarzyszem.
Wkrótce Fals stanął w drugim końcu dziesiątego podwórca, gdzie Biber powoli, nosowym, lecz donośnym głosem wykładał coś knechtom. Musiało to być coś bardzo ciekawego, bo wszyscy, porzuciwszy czyszczenie zardzewiałej broni, słuchali z wytrzeszczonymi oczami i otwartymi usty1.
„Dobra nasza — pomyślał Fals — nie spostrzegli, żem odszedł, a co więcej, żem zabrał prawie pełną konew”.
Tak myśląc, podniósł olbrzymi miecz, a wziąwszy w garść ubity włosień, udawał, że był zajęty czyszczeniem.
Ten zaś mówił:
— Wojna się szykuje, jakiej dotąd ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało...
— Ale z kim? Z kim? — ozwały się głosy.