— Ciemni jesteście jak konew winem napełniona — oburzył się setnik. — Toć nie z kim innym, jeno z Polską.

— A przecież powiadaliście niedawno, że zawarto z nią pokój — ozwał się Hilt, który zdążył przybyć na ostatnie Bibera wyrazy.

— Głupiś — huknął tenże. — Pokój jest dlatego, żeby nowych sił nabrać i rozpatrzyć się, co dalej czynić, nie zaś dlatego, żeby go utrzymać.

— A czy to w onej Polsce są pogany2? — ozwał się któryś z młodszych knechtów.

— Widzieliście głupiego! — zaśmiał się Biber. — Czy ty ksiądz, żebyś się pytał, czy pogany, czy chrześcijany? — mówił dalej. — Przecie tu nie o chrześcijaństwo chodzi, ale o rozszerzenie granic i potęgi naszego zakonu — mówił z pewną wyższością setnik. — Gdy pokonamy Polskę, tego ich króla Jagiełłę, Litwina, co rozsiadł się na tronie polskim i bruździ we wszystkim, to i z Litwą, i Żmudzią łatwo się będzie uporać. Ba, i tamte het, kraje dalej będą do nas należeć — mówił Biber z taką pewnością, jak gdyby najtajniejsze sprawy Zakonu były mu dokładnie wiadome.

Puszył się też z tych swoich wiadomości, jakby co najmniej był poufnym wielkiego mistrza i na naradach zasiadał. Był ci on wprawdzie ulubieńcem wielkiego mistrza, Ulryka von Jungingena, i będąc w jego służbie podczas oględzin ziem zajętych, przysłuchiwał się rozmowom i stąd ta jego pewność i opowiadanie.

Przysłuchiwano się też opowiadaniom, każdy jakieś wtrącił słówko, korzystając z łaskawości setnika, jeden tylko młody, dziarski knecht, zwany Jakubem, nie wtrącił ani słówka.

Wsłuchiwał się wszakże ciekawie i twarz rozognioną i oczy błyszczące na mówiącego podnosił.

I Fals wsłuchiwał się jak inni. Otworzył nawet usta, bo i jego to opowiadanie zaciekawiło. Nagle pociemniało mu w oczach, uczuł ciężar na głowie, ale jednocześnie wchłonął w siebie ulubiony zapach piwa.

Śmiech się rozległ dokoła, śmiech podobny do dzikich bestii, gdy znajdą się nad cielskiem upolowanej ofiary i radość swą rykiem objawiają.