— Jagody leśne, Boga mi, jagody! — zawołał z uciechą, wciągając woń dojrzałego owocu.
— Po samej woni poznałem i dlatego nienaruszone w darze wam przynoszę — mówił Fals, oblizując się łakomie.
— Lepiej, że miasto11 wiedźmy ułowiłeś kobiałkę — rzekł Biber, zapychając usta jagodami.
Fals zaś myślał:
„Lepiej byłbym sam połknął. Ten stary nic mi przecie nie da. Mogłem tak samo mówić: in nomine czy jak tam i czary odegnać, boć ten robak, co go połknął Jakub, to pewnikiem czary. Chodzi teraz jak struty”.
W tej właśnie chwili przeszedł koło niego Jakub. Setnie był nachmurzony, patrzył spode łba, zdawał się nikogo nie widzieć, a pięści wciąż zaciskał. Nie rzekł też ni słowa, zerknął jeno na zajadającego wonne jagody Bibera i wszedł do izby na południowy posiłek.
„Jemu wciąż się zdaje, że wali czarownice” — pomyślał Fals.
Nie spuszczał jednak z oka Bibera, który, nie bacząc na czary, wyjadał owoc z kobiałki.
„Pożre, Boga mi, pożre, nic nie ostawi” — myślał Fals.
Odchrząknął też i rzekł: