— Za trzy dni może być za późno, drogi będą przez Krzyżaków zalane. Trzeba nam pierwej — nalegała dziewczyna. I po chwili namysłu, ze zwykłą stanowczością rzekła: — Ty ostaniesz, ja pójdę!

Stara aż stanęła ze zdumienia.

— Wiesz przecie, że mam łódź uwiązaną w przystani, że Lutek-niemowa jej pilnuje. Popłyniemy w górę rzeki, a kiedy ty zaledwie dowiesz się o ich wyjściu, ja będę już w Bobrownikach, a stamtąd pchnę z wieścią do Krakowa o nadzwyczajnych siłach krzyżackich i ich zamiarze wkroczenia do Polski.

— Nie mogę cię wstrzymywać — odrzekła baba. — Kto raz poświęcił się służeniu narodowi, nie może w drodze ustawać.

Zamilkły obie, każda znać zajęta swoimi myślami.

Szły teraz śpiesznym krokiem, nie słaniając się i nie pochylając. Stara o wiele przewyższała wzrostem młodą dziewczynę, miała pewne, energiczne ruchy i nie znać w niej było znużenia i lat przebytych w trudzie, o którym Sala mówiła.

Wydostawszy się spod zamku, szły przez łąkę, na której prócz pastucha i pasącego się bydła nikogo nie było.

W miarę jak się oddalały od miasta i zamku, nabierały pewności. Wkrótce dostały się w zarośla, a nareszcie zginęły w ciemnym, gęsto podszytym lesie. Po uciążliwym przedzieraniu się przez krzaki i zarośla doszły do wzgórza porosłego puszystym mchem. Pod tym zielonym poszyciem nikt nie domyślał się w nim pieczary, a w niej mieszkania dwóch kobiet.

Znać ustroń ta nie była przez ludzi nawiedzana, bo ptaki nawet nie płoszyły się na widok przybyłych, owszem, nader swobodnie przelatywały z gałęzi na gałąź, cirkając lub głośne wywodząc trele. Woń leśna przepełniała powietrze. Słonko miało się ku zachodowi. W lesie mrok był już prawie. Ptaki milkły powoli, rozgwar ich zastępowała cisza wieczorna. Jeno od czasu do czasu las zaszumiał, rozpoczynając zwykłą modlitwę wieczorną. Lecz kobiety nie miały czasu weń się wsłuchiwać ni zachwycać pięknością wieczoru. Wsunęły się w mchy gęste, potem do ciemnej pieczary.

— Nie wchodź dalej, póki nie zaświecę! — zawołała Sienicha.