Lutek na migi dużo rzeczy opowiadał, śmiał się i cieszył jak dziecko, ze wszystkimi się witał, niewiele sobie jednak z niego robiono, każdy bowiem zajęty był ukochaną przez wszystkich dzieweczką.

Począwszy od najniższych, z piekarni, którzy widzieli ją przechodzącą w stroju flisaka, a skończywszy na pełniących służbę w pokojach i tych, co zasiedli z nią do skromnego posiłku, nikt nie mógł myśleć o czym innym, jeno o powrocie młodziutkiej swej pani, która, jak wczesną wiosną, kiedy jeszcze śniegi nie stopniały, nagle zamek opuściła, tak teraz nagle się zjawiła.

— Znać niemało biedy i trudów podjęła — mówiono. — I po co jej to, po co?

Posiłek i wypoczynek jej był nader krótki. Zastała bowiem wysłanego przez Jaśka z Tarnowa dworzanina Marka, który miał iść brzegiem Wisły, ażeby o ruchach Krzyżaków języka zasięgnął i z tymi wieściami jak najprędzej do Krakowa wracał.

— Wracajmy więc niezwłocznie! — rzekła Sala.

Dworzanin spojrzał na nią zdziwiony.

— Nie potrzebujesz się waść w dalszą podróż puszczać.

— Mam rozkaz od jaśnie wielmożnego kasztelana... — począł dworzanin.

— Usprawiedliwienie waszmości przed kasztelanem biorę na siebie — przerwała Sala.

Marek jeszcze większe zrobił oczy. Chciał też coś mówić, lecz Sala rozkazującym głosem dodała: