— Jutro o świcie wyruszamy! Mości Przyboro — zwróciła się do zarządzającego jej majątkiem — dla mnie niech będzie gotowy najlepszy koń, dwa luzem i czterech zaufanych ludzi a umiejętnych w podróży. Koń niech będzie bogato osiodłany, ludzie dostatnio odziani, wozów dwa z przyborami podróżnymi i na nich właściwa służba niewieścia — mówiła dalej.

Rozkaz wprawił w podziw dwór cały, wydany zaś był takim głosem, że nikt nie śmiał protestować.

Po czym skinęła głową i wyszła.

Przybora z dworzaninem wielmożnego kasztelana spojrzeli na siebie i nic nie mówiąc wynieśli się zaraz dla spełnienia rozkazów.

— Osobliwa dziewka — szepnął Marek.

— Taka była od dziecka — odrzekł Przybora.

I poszli gotować się do drogi.

Sala opuściwszy izbę jadalną, udała się do komnaty nieboszczki matki. Tu uklękła przed krucyfiksem i gorące zanosiła modły.

Cicha i krótka była modlitwa dziewczyny, lecz w niej z całą dziecięcą ufnością oddawała tę ziemię, naród i całą sprawę w opiekę Temu, który za wszystkich dał życie, za wszystkich cierpiał, aby się stało zadość sprawiedliwości.

— Tyś, o Panie, świat cały wyrwał z pęt grzechu, pozwól mnie niegodnej przyczynić się do wydobycia mego narodu z pęt tych, którzy niegodnie w imię Twoje chcą go zagarnąć w niewolę.