Potem zwróciła się myślą ku rodzicom:
„Ojcze, matko, pobłogosławcie zamiarom moim, pobłogosławcie tej ziemi, w której obronie ty, ojcze, życie swe dałeś”.
I pokrzepiona modlitwą, wybiegła.
Wkrótce, wykąpana po trudach podróży, obleczona, jak przystało na dziedziczkę bobrownickiego zamku, wypoczywała na wygodnym łożu, którego od kilku miesięcy nie zażywała.
Ledwie słonko wyszło zza chmur porannych i ozłociło wierzchołki drzew otaczających bobrownicki zameczek, poczet był gotów.
Poczet był wcale pokaźny. Prócz bowiem wozów i koni, nakazanych przez Salę, stał orszak złożony z kilku ludzi otaczających kasztelańskiego dworzanina. Był to poczet bardzo skromny, boć nie był wysłany w poselstwie, lecz z rozkazem, który trzeba było spełnić umiejętnie, oględnie i bez wszelkiego splendoru. W każdym razie powiększał on poczet dziedziczki na Bobrownikach i stanowił niejako jej straż bezpieczeństwa.
Wkrótce ukazała się Sala. W obcisłym kubraczku szarym, w kołpaczku z gęstą zasłoną okręconą koło głowy i szyi wyglądała teraz, jak przystało na dziedziczkę bobrownickiego zameczku.
Przybora położył dłoń tuż przy strzemieniu. Sala lekko się na niej oparła, wskakując na siodło z oparciem.
Siodło, żółtą skórą obite, wysłane szarym suknem, nie było wprawdzie, jak i cały rząd na konia, bogate, lecz znamionowało dostatek.
Wozy, na których jedna starszego już wieku, a druga młoda służebna swej pani towarzyszyły, były też doskonale ładowne i wymoszczone.