Jeszcze słońce nie zdążyło się wzbić wysoko i zaledwie jedną czwartą część dnia oznaczało, gdy orszak cały wyruszył z bobrownickiego podwórca. Na czele jechał dworzanin wielmożnego kasztelana, jako świadom drogi do Krakowa, za nim zaraz Sala w otoczeniu dwóch swoich ludzi, dalej wozy i dwóch pachołków pana Marka.

Nikogo nie dziwił ten poczet, dość zamożnie wyglądający, ani też młoda dziewka jadąca konno, boć to był zwykły sposób podróżowania. Podróżowano też zwykle wczesnym bardzo rankiem i od zachodu słonka do późnej nocy, dając wśród dnia wypoczynek koniom i ludziom. Trzymano się brzegów Wisły, boć to była droga najpewniejsza, wiodąca prosto do Krakowa. Nie doznawano też żadnych przygód ani przeszkód i szczęśliwie, na kilka dni przed 1 lipca, poczet stanął w Krakowie.

Tam nie szukano żadnej gospody, bo Sala miała ją u swego opiekuna, Jaśka Tarnowskiego. Ze zwykłą sobie śmiałością kazała się prowadzić do komnat niewieścich.

Wielmożna kasztelanowa, z domu Spytkówna, dowiedziawszy się, kto na jej dwór zjechał, zaraz ją do swej komnaty przez jedną z dworek zaprosiła, co było niezwykłą łaską ze strony dostojnej matrony.

Sala oddała od progu należny ukłon, a ośmielona wdzięcznym uśmiechem i przyjaznym skinieniem głowy, zbliżyła się i objąwszy nisko za kolana, do stóp jej się schyliła.

— Szczerym sercem i miłym wejrzeniem witamy cię na naszym dworze, miła dzieweczko — rzekła kasztelanowa, kładąc dłoń na głowie sieroty i gładząc jej lice ogorzałe od słońca.

Sala, nie znając dobrze dworskiej etykiety, złożyła na jej ręce pocałunek.

Taka poufałość dozwolona była na dworze kasztelanowej jeno wybranym. Cofnęła też wprędce rękę, uśmiechnęła się, ale już zgoła inaczej rzekła:

— Cóż waćpannę w nasze progi sprowadza?

Sala odczuła chłód w jej głosie, a nie wiedząc, czemu to przypisać, stropiła się nieco. Wprędce wszakże przyszła do siebie i kłaniając się powtórnie, mówiła: