— Do jaśnie wielmożnego kasztelana, a mego opiekuna przybywam.
Kasztelanowa, przypomniawszy sobie o smutnym losie sierot z Bobrownik, miększym już nieco głosem rzekła:
— Sierotami ja się opiekuję. Polecę cię ochmistrzyni i na niczym ci w domu naszym zbywać nie będzie.
To mówiąc, srebrnym młotkiem uderzyła w kowadełko stojące przy niej na stole.
Dźwięk donośny rozległ się po komnacie, Sala zaś nie czekając, aż się kto ukaże, przyśpieszonym głosem mówiła:
— Do samego wielmożnego kasztelana mam nie cierpiącą zwłoki sprawę i rzecz tę muszę mu zaraz wyłuszczyć.
Kasztelanowa spojrzała z góry na mówiącą i znów chłodnym swym głosem wyrzekła:
— Do jaśnie wielmożnego niełatwo z byle jakąś prywatną sprawą przystępować.
— Jest to rzecz wielkiej wagi... — poczęła Sala.
— Polecam opiece waćpani imci pannę Bobrownicką! — ozwała się kasztelanowa do ochmistrzyni, która stawiła się na głos dzwonka.