I wstawszy, majestatycznym krokiem wyszła z komnaty.

— Proszę za mną — ozwała się ochmistrzyni wyniosłym głosem.

Sala ze ściśniętym sercem za nią podążała, myśląc wszakże:

„Muszę przecież dotrzeć do kasztelana, muszę”.

I układała rozmaite plany. Trudno byłoby jej je wykonać. Parę izb w lewym skrzydle zamku Tarnowskich oddane było na mieszkanie ochmistrzyni i dworek. Przylegały one do komnat kasztelanowej, nie miały wszakże najmniejszej łączności z komnatami kasztelana. Były one tak oddzielone, że nikogo z jego dworu, mieszczącego się w prawym skrzydle, spotkać nie można było.

Sala nie wiedziała o tym i wszelkie podjęte przez nią trudy byłyby nie osiągnęły celu, i wszelkie plany byłyby nie doszły do skutku, jak nie dochodziły promienie słońca do wąskiego korytarza, którym ochmistrzyni wiodła nową dworkę.

Gwar młodych głosów uciszył się za wejściem ochmistrzyni i Sala ujrzała kilkanaście młodych główek pochylonych nad krosnami, które ukradkiem zerkały na przybyłą. Ochmistrzyni nie zatrzymała się na ten raz przy pracujących, lecz skierowała się do bokówki i otworzywszy drzwi, rzekła do Sali:

— Omyj się, waćpanna, z podróżnego pyłu. Przyślę ci tu ubranie, jakie wszystkie dworki noszą. Nie wiem nawet, kto ci wskazał drogę i jakeś śmiała tak jak jesteś przedstawić się jaśnie wielmożnej kasztelanowej.

To mówiąc wyszła zatrzasnąwszy drzwi za sobą.

Mimo widnej, czystej izby, obwieszonej ręcznikami i zastawionej cebrzykami z wodą, zdawało się Sali, że ją ktoś wepchnął do więzienia. Nie była jednakże z tych, co to łatwo się zniechęcają i odstępują od raz powziętego zamiaru.