— Ale my, my?! — przerwał mu król.
— Najmiłościwszy monarcho, wszelkie rycerstwo czeka jeno waszych ostatecznych rozkazów.
— Rozesłać wici do tych, którzy nie są jeszcze na stanowiskach, by jak najprędzej ze wszystkich stron ruszali brzegiem Wisły ku północy. My jutro, najdalej pojutrze staniemy na czele, dopędzimy ich. Ubieżymy Witolda, spotkamy wroga, a potem co Bóg da! — wołał Jagiełło.
Kasztelan skłonił się i wyszedł, widząc, że wzburzenie monarchy nie pozwala na spokojne, z rozwagą obrady. Niezwłocznie też wysłał wici. Zaufanych ludzi ku niesieniu rozkazów miał w pogotowiu.
Jagiełło po wyjściu kasztelana siadł znów na swym miejscu i począł w myśli liczyć:
„Nasze wojska wynoszą 52 chorągwie po 300 konnych, to 15 000; Witoldowych 40 chorągwi po 200 konnych, to 8 000; prócz tego Tatarzy, posiłki czeskie...”
Zamyślił się.
— Nieszpetne siły — rzekł półgłosem.
I nieco uspokojony wyszedł sposobić się do natychmiastowego wymarszu.
I oto, nim dobiegł koniec czerwca, a słońce wstąpiwszy w znak Raka jedną trzecią już drogi w wędrówce swojej na spotkanie Raka dobieżało, z Krakowa, jak i z innych stron Polski i Litwy, kroczyła niezwykle wielka moc rycerstwa.