I było się czego przestraszyć. Siewros miotając się w dziwnej gorączce podnosił się, rozgarniał szuwary, usiłował pędzić przed siebie, Jaśko, chcąc go powstrzymać, szamotał się z uciekającym.
Nareszcie wszystko ucichło. Nikt nie śmiał się zbliżyć do owych szuwarów, kobiety rozniosły wieść o złem, przeszkadzającem nad odnogą rzeki, żal im było porzuconej bielizny, nie śmiały jednak wrócić.
O zmierzchu po nad tą samą rzeką przechodził ślepiec Bernard, cichym głosem śpiewając; wiatr roznosił pieśń pobożną, wreszcie pieśń ta umilkła. Zadźwięczały inne jakieś tony na wpół dziko, smutno brzęczały struny przewieszonej gęśli, wtórował im głos tęskny, przypominający szum lasu... Obce wyrazy niemieckiej mowy rozlegały się dokoła. Od czasu do czasu dolatywało:
— Motina łankta tawe! Motina łankta tawe!!7
W trzcinie zaszeleścialo. Siewros nawpół senny, przeciągłym głosem powtórzył: Motina łankta tawe! Głos słaby zginął wśród szuwaru nad wodą. Delikatne ucho Bernarda zdawało się chwytać ostatnie wyrazy swej pieśni, stanął, wyciągnął szyję, rękę oderwał od gęśli, wyprostował ją przed siebie, jakby chciał ułowić ów powtórzony wyraz.
— Ach, to echo tylko mi wtórzy — szepnął po chwili. — Echo przynosi mi pieśń, którą tam, tam gdzieś daleko śpiewają!
Westchnął raz jeszcze:
— Ach, gdyby choć tych chłopców znaleźć. Ha, może uciec zdołali!
W szuwarach jęknęło znowu i szmer wyraźniejszy dochodził. Ściemniło się już prawie zupełnie, a dla ślepca Bernarda noc też była wieczna.
— Może oni się tu gdzie kryją, może to ich jęki?...