Na widok rycerza Hochswalda rozpogodziło się chmurne oblicze Dietricha.

— Witaj nam komturze — rzekł doń marszałek łaskawie. Cóż, musimy obmyśleć jakiś środek, któryby zaradził popełnionemu głupstwu wielkiej głowy — ciągnął poufnie Dietrich, ujrzawszy się sam na sam z przybyłym.

— Wszak marszałek i komturowie od tego! — rzekł szyderczo Hochswald, uśmiechając się porozumiewająco. Obejrzał się jednak dokoła, jakby chciał się przekonać, czy są sami w niewielkiej komnacie Dietricha.

Dietrich zrozumiał wzrok jego, a spojrzawszy badawczo w twarz wiernego sobie komtura, zasępił czoło, pytając:

— Czy i stamtąd coś nowego!

— Tak, ze strony Ladislausa przybywają posłowie...

— Posłowie? — przerwał Dietrich — czegóż chce ten Klein-König, czy przyjaźni? ha, ha, ha! — zaśmiał się Dietrich.

— Z posłami Ladislausa ciągnie Bartelemo, legat Jego Świątobliwości Jana XXII i ten Gerward, biskup Kujawski, który tak gardłował w sprawie koronacyi Klein-Königa.

— Więc cóż? — przerwał niecierpliwie Dietrich.

— Legatowi papieskiemu towarzyszy prócz Gerwarda, Janisław, arcybiskup gnieźnieński i Domarat, opat mogielnicki — ciągnął dalej Hochswald w odpowiedzi.