— Może przywiedziesz jeszcze kogo — rzekł Dietrich, hamując wzburzenie.
— I tych chciałbym odwrócić od Waszej miłości, uważałem jednak za stosowne dać wam o nich wieści, najdalej bowiem za dwie doby staną w Malborgu, lub...
— Lub? — przerwał znowu Dietrich.
— Lub wezwą do ugody Wielkiego mistrza — dokończył Hochswald.
— A niech spróbują ruszyć z miejsca ten okseft na dwóch nogach — rzekł pogardliwie Dietrich. I wielkiemi krokami zaczął się przechadzać po sklepionej komnacie, a chód jego ciężki i cięższy jeszcze gniewliwy oddech, odpowiadał echem.
— Niech spróbują! — mówił jakby na poły do siebie. — Ale ten dla świętego spokoju, byleby go z miejsca nie ruszono, przystanie na wszystko, zgubi Zakon i przyniesie hańbę imieniowi jego.
— Obok tamtego, co dla spokoju wszystko poświęca, jest ten, którego rozkazy nauczyliśmy się spełniać więcej, aniżeli Wielkiego mistrza — rzekł poufnie Hochswald. — Rozkazuj więc Dietrichu von Altenburg, wielki marszałku krzyżackiego Zakonu.
— Rozkazuj, rozkazuj, tak łatwo wam mówić! Wam wszystkim się zdaje, że ja tutaj wszystko mogę, a oto macie najlepszy dowód, iż taki Günter umiał podejść tę beczkę, i oto poszedł, zatracił najpiękniejszy oddział, a prócz tego, zatracił dwóch najdzielniejszych chłopców z całego Wolfshöhle, na których budowałem wielkie nadzieje. Za jednego byłbym może uzyskał zupełną ugodę z Gedyminem, bo ten chytry Litwin jest zakamieniałym poganinem, — a chłopiec był wnukiem najbardziej szanowanego w ich pogaństwie kapłana.
— Widzicie więc, że moje rady niewiele pomagają! — dodał po chwili, jakby uspokojony; że mógł wypowiedzieć całą złość która mu na serce spadła kamieniem.
— Trudno nad tem rozpaczać — mówił Hochswald — wiemy, że co tamten rozkaże, zawsze jest z krzywdą. Lecz właśnie w Was jedyna nadzieja. Teraz, gdy się zdarza sposobność i Ladislaus sam śle posłów o pokój, możemy granice rozszerzyć, a tym sposobem zagrozimy Gedyminowi.