— Najlepsza rada pokrzepić się po dalekiej drodze — przerwał wreszcie milczenie Gedymin i klasnął w potężne dłonie.
Na znak ten, pachołkowie wnieśli ogromne misy dymiącego się mięsiwa. Na jednych leżał zwierz poćwiertowany, na innych w całości, nad ogniskiem pieczone wielkie łosie i dziki. Przed kneziem stawiano owe niepocięte zwierzęta, a ten biorąc za nogi darł je w kawały, jeden dając ślepemu Tubingasowi, drugi zabierając sobie, resztę oddawano godownikom, stawiając tylko przed Lubarteni, jako synem książęcym nienapoczęte misy, jako też i przed posłami zakonu. Ci mimo pewnej niechęci jaką widzieli w kneziu i całem jego otoczeniu, dość często rzucali ogryzione kości psom czekającym na kęs swój pod stołem.
Zaraz też za każdym prawie ucztującym zjawił się pachołek, nalewając z wielkich pozłocistych dzbanów napój sycony z miodu i chmielu, a wielce przez krzyżaków lubiany, chociaż oni byli więcej do wina przyzwyczajeni.
Jeden tylko Tubingas nie tknął owego napoju, wylał go za siebie na objatę bogom, a wody kryniczucj kazał przed sobą postawić.
Wkrótce przy uczcie zrobiło się gwarno, twarze zaczerwienione zwiastowały pewne zadowolenie, kryjące jednak w głębi gryzącego robaka nieufności. Bernard, na znak Gedymina śpiewał trącając w gęśle, nucił pieśń starą, lecz pieśń ta była tylko szumem, echem odległem, które przygłuszone zostało coraz to gwarniejszą rozmową.
X
Uczta przeciągnęła się prawie do słonka zachodu, godownicy, jak i gdzie który mógł, legli na spoczynek, a że niewielkie były wymagania ludzi nawykłych do niewczasów wojennych, niewielkiego też potrzeba było przygotowania dla przybyłych gości. Z tem wszystkiem starzec, zarządzający zamkiem Gedymina, krzyżackim posłom wskazał izbę z zasłanemi wilczurą łożami i misternie tkanemi lnianemi ręcznikami, misą wody, a także i przygotowanym dzbanem napoju.
Gedymin legł w swojej komnacie, mimo jednak napoju, długo przewracał się na łożu, a sen nie sklejał jego powiek. Po wesołej uczcie snać jakaś myśl niespokojna trapiła jego głowę. Zasnął wreszcie, lecz widocznie jakieś straszne widziadła snuły mu się po głowie, bo zrywał się często, wymawiając urywane wyrazy, a zaledwie jutrzenka wychyliła się z szarego pomroku, książę siadł na posłaniu i przetarł oczy, otwierając je szeroko. Westchnął wreszcie jak człowiek, który zrzucił z siebie ciężar, lecz jeszcze czuje brzemię jego na swoich barkach.
Na to westchnienie obrócił się ulubiony niedźwiedź, spoczywający opodal łoża, przysiadł na tylnych łapach, łeb podniósł do góry i słuchał, oczekując rozkazów, a może codziennej pieszczoty. Gedymin jednak nie zwrócił na to uwagi, zgło rozerwał na piersiach, jakby to lniane odzienie nawet go dusiło. Spojrzał w ognisko, które jakieś słabe rozlewało światło, odwrócił się od okna, zasuniętego zaporą i plunął trzykrotnie przed siebie, a to wszystko dla tego, żeby zapomnieć snu trapiącego, wreszcie klasnął w dłonie. Na odgłos ten przyczołgał się ulubiony niedźwiedź, dwa inne, śpiące u drzwi wraz z pachołkiem, leniwie mruknęły, a pachołek też otrzeźwiony klapnięciem, jednocześnie z niedźwiedziem stanął przed Gedyminem.
— Tubingas! — zawołał książę.