— Zgoda takoż nam do scrca idzie, a braterstwo, chcielibyśmy chadzać w nim z wami, — mówił po chwili Gedymin, lecz u nas jako i u was są postanowienia, że bracia jednaką tylko drogą iść mają, a Zakonu droga i litewskiego księcia, to bodaj wcale jest różna.
— Braterstwo łacno przyjdzie skoro jeno zgodę i dary przyjmujecie; odrzekł Hochswald. To mówiąc, dał znak dwom potężnym pachołkom, którzy się pod owemi uginali darami. Pachołcy zbliżyć się chcieli, lecz zwrócone oczy niedźwiedzi powstrzymały ich znowu na miejscu. Gedymin skinął, Siewros i Jaśko podeszli czekając na rozkazy.
— Mam ja tu, rzekł książę, swoich młodzieniaszków, pewnoć znana Zakonowi ich siła, podołają oni choćby największym ciężarom, a waszym pachołkom oszczędzą strachu przed mojemi sługi, dodał, wskazując na leżące niedźwiedzie.
Siewros zdjął oponę i wziął z rąk pachołków przyłbicę i na konia oponę, Jaśko ujął pięknie wyrobioną zbroję jedną ręką, drugą miecz wielki, a przytrzymawszy pochwę zębami wyciągnął go i podniósłszy ku górze lekko zabłysnął przed oczyma zdziwionych jego siłą posłów krzyżackich. Z temi darami wskoczył na wzniesienie, a tak zwinnie i lekko jakby zamiast miecza trzymał sokoła. Poczem przykląkł przed księciem i podał mu miecz obnażony.
— Dobra wróżba — rzekł Gedymiu wesoło, lackie pacholę miecz obnażony podaje, i to miecz krzyżacki, a litwin prawy hełm od Zakonu przynosi.
To mówiąc, odebranym mieczem, nie wstając ze swego książęcego tronu, krąg przed sobą zakreślił i kilka cięć na prawo i na lewo w powietrzu wykonał. I wreszcie oddał go Jaśkowi, który włożywszy miecz w pochwę, oparł go przy boku księcia, i podając zbroję, gdy jednocześnie hełm i piękną na konia oponę Siewros składał u nóg Gedymina.
— No, tego przymierzać nie będę rzekł Gedymin, bo czapka wielkiego Kunigasa a knezia i te rysie skóry, równie mnie od nieprzyjaciół zasłaniają jako i najtęższe zbroje. Lecz dar Wielkiego mistrza jest my bardzo drogi, a na zamku złożonym będzie jako dowód jego ku nam przyjaźni.
— Przyjaźń ta szczera, a tak przez będącego obecnie Wielkiego mistrza Zygfryda von Feuchtwangen, jako i wszystkich marszałków zakonu z Dietrichem vou Altenburg na czele, jest najgorętszem na przyszłość życzeniem — ozwał się Zygfryd von Pappenheim.
— Przyjaźń ta większą jeszcze miałaby pewność, gdyby wasza książęca mość powolną była pokornym radom zakonu... — dodał Hochswald zbliżając się ku Gedyminowi.
— Na wszelkie rady dość jeszcze czasu — odparł niecierpliwie Gedymin. Stary zaś Tubingas zwrócił swoje ślepe białkiem przewrócone źrenice na mówiącego, chcąc temi oczami, bez wzroku, do głębi mówiącego przeniknąć. Tak zaś kneź, jak i Tubingas co innego pod tą radą rozumieli, pierwszy połączenie się z zakonem przeciw Polsce, drugi przyjęcie chrystyjanizmu. To też Gedymin zmarszczył tylko brwi i wpadł w zadumę, kiedy stary kapłan zacisnął pięść, zerwał się z siedzenia, lecz przypomniawszy sobie słowo dane kneziowi, opadł na siedzenie, tylko ręką w krawędź ławy tak uderzył, jak gdyby chciał ją wyrwać z pod siebie i rzucić na przybyłych. Chroniwos również uczynił jakiś ruch niespokojny i bezwiednie prawie ujął toporek tkwiący za pasem.