A snać spodziewano się tych posłów na książęcem zamczysku; bo Gedymin otoczony najprzedniejszymi Kunigasami, mając po prawej stronie sędziwego Tubingasa, a po lewej syna Lubarta, księcia wołyńskiego, siedział na wzniesieniu. Na głowie śpiczasta z sobolich skór kneziowska czapa, na ramionach rysia zarzucona skóra, nogi oparł na żywym w kłąb zwiniętym niedźwiedziu, a stojące przy nim lipowe chodaki świadczyły, iż kneź na przyjęcie posłów niezaniechał codziennych obyczajów. Nogom bez obuwia pozwalał odpoczywać wygodnie w kudłatych zwojach żywego podnóżka, obok którego leżały jeszcze, pysk oparłszy na przednich łapach, dwa niedźwiedzie, jakby gotowe na każde skinienie swojego pana. Żadnego uzbrojenia nie miał Gedymin, lecz za nim stali pachołkowie ze zwieszonym łukiem ku ziemi. Obok Chroniwosa stał Siewros i Jaśko w lniane szaty odziani, a wyrośli i wśród puszcz litewskich zmężnieli. Tuż zaraz za księciem stał ślepiec Bernard z nieodłączną swą gęślą, był on jeszcze bardziej wybladły i zwiędły z otwartemi, choć nic niewidzącemi, w jeden punkt zapatrzonymi oczyma. Ten ostatni miał służyć za tłómacza między przybyłymi a Giedyminem, który, obawiając się zdrady chciał oprócz tłómacza przywiezionej przez posłów Zakonu, mieć jeszcze swojego.
Od chwili bowiem, gdy się Gedymin dowiedział o wychowańcach Wilczego Gniazda tak cudownie Litwie wróconych, zażądał, aby ci do dworu jego należeli. Bernard zaś szczególne miał łaski; nie wydawał on się jawnie z wyznawaną przez siebie wiarą, dziwny jednak urok ciszy i pokoju na otaczających wywierał; rzekłbyś zaczerpnął tego uroku od swego mistrza ojca Germana w zakonie... Sam Gedymin nawet chętnie słuchał jego głosu. Wychowańcy zaś Wilczego Gniazda postawieni byli na urągowisko Krzyżakom, a nie omylił się też w swojej rachubie Gedymin, bo zaledwie weszli pogłowie do komnaty zamkową, rycerz Hochswald aż pokraśniał i zgrzytnął zębami ujrzawszy dawnych wychowawców Zakonu groźnie patrzących na siebie.
— Witam was, mili goście w moim ubogim zamku, wielki to zaszczyt dla tak mizernego księcia, że posłów potężnego Zakonu widzi u siebie. Mówił z udaną pokorą, choć wyniosłym głosem Gedymin, rozkazując wyrazy swe powtórzyć Bernardowi.
— Rozumieliśmy doskonale waszą mowę wielki i potężny książę na Wilnie i całej Litwie. Nam to zaszczyt przynosi, że nas wysłuchać raczycie — ozwał się rycerz Hochswald, władający doskonale litewską mową i właśnie jako tłómacz przybyły.
— Och. nie wiedziałem, że tak znacie nasz dziki język! dla tego też zapewne i nasz tłómacz, który w wojnie oczy postradał, i te oto młokosy dodał wskazując na Siewrosa i Jaśka mowy swej wśród was nie zapomnieli. Jednak chociaż wy władacie naszą dziką mową, wasi towarzysze, a mnie mili goście, zapewne jej nierozumieją i dla tego niechaj ów młody ślepiec powtarza nasze wyrazy. Ale skoro przynosicie nam pokój a zgodę, bywajcie nam mili w naszym biednym grodzisku, jakoby w swoich komnatach, a zasiądźcie z nami do uczty i czarny chleb, co nasza ziemia wydaje i mięsiwo zwierza naszych lasów i miód od naszych pszczół raczcie spożywać.
To mówiąc Wielki książę klasnął w dłonie, a pachołcy postawili przed wzniesieniem książecem stół wielki, dostający wysokością siedzącego Gedymina i całego otoczenia, kiedy w drugim rogu naprzeciwko książęcego wzniesienia, stół się znacznie zniżał. Przy nim na przystawionej ławie Gedymin wskazał miejsca gościom. Wszystko to zaś kazał urządzić przebiegły książę, żeby mając posłów Zakonu przy jednym ze sobą stole, z góry na nich spoglądał.
Posłowie spojrzeli wzajem na siebie, po dumuem czole Hochswalda przeszedł błysk złowrogi, nic jednak żaden nie rzekł na to widoczne nie dobrze wróżące dla sprawy upokorzenie. Nie siedli też na wskazanych miejscach, owszem usunąwszy się na bok zamienili kilka słów po niemiecka półgłosem, tak, że ani ucho Gedymina, ani nawet delikatny słuch Bernarda wyrazów pochwycić nie mógł. Na rozkaz Zygfryda pachołkowie przybyli z nimi, a trzymając dary postąpili ku Gedyminowi, stół zastawiony okrążając; niedźwiedzie jednak nie pozwalały zbliżyć się do knezia. Nie objawiały one swojej ku nieznajomym niechęci, ale spojrzały na nich rozumnemi oczami, co wstrzymało w należytej odległości przynoszących pod czerwoną oponą od Zakonu dary.
— W księgach naszej wiary stoi, — ozwał się Hochswald, — że dobry i wiemy sługa nie powinien tknąć jadła i napoju, nie powinien strząsnąć pyłu podróżnego z odzienia, póki nie spełni rozkazów swojego pana. My też chcemy być wiernymi temu, co zapisano w księgach, a i wiernymi Wielkiemu mistrzowi Zygfrydowi von Feuchtwangen. W imieniu więc tegoż Wielkiego mistrza jako i całego Zakonu, przynosimy dary wielkiemu księciu litewskiemu Gedyminowi, potężnemu władcy ziem ruskich, prosząc, ażeby je przyjął jako znak zgody a braterstwa z Zakonem.
— Dary przyjmujemy, ozwał się Gedymin, kryjąc pod obfitym zarostem uśmiech szyderczy, boć jakżebyśmy śmieli odrzucić dary tak bogatej i potężnej dłoni, jak dłoń krzyżackiego Zakonu.
Posłowie się skłonili nabierając otuchy.