I rzeczywiście, na pozór wszystko było do zdobycia łatwe, bo zamiast wałów doskonale usypanych i fos obronnych, tam był rów, owdzie dół na poły napełniony kamieniami, od jednej tylko strony zaczęto kopać porządną fosę, a z wyrzuconej ziemi sypać wał, przekładając go i ubijając gęsto kamieniami a strojąc kopaną murawą. Po chwili trudnej przeprawy przez rowy i korzenie, zaczął się ukazywać na wzgórzu nowo wznoszący się z kamienia zamek, którego wieżyce i baszty jeszcze wykończone nie były.

— I wilki uczą fcguwiaka swoje ochraniać, już nie tylko na swoje rachują pazury, — Zygfryd, spostrzegłszy ów wal obronny i kainieuue mury Gedyniinówejro zuuiku, a wreszcie i domostwa porządnitysze, które WiłijaiWilejkn okrążając, jakby dwoma ramionami, czyniła z natury miastem obronnem.

— Hm, Zakon miał słuszność wysyłając ze zgodą, bo gdy te wilki będą miały oprócz przyjaźni z ryskim biskupem, władzę nad Rusią, wały ochronne i braterstwo z polskim Ladislausem, to z marnej garści dziczy staną się wrogiem, z którym Zakon musi się pilnie rachować, rzekł Robert przypatrując się wałom.

— Robercie von Wartburg, mówisz tak, jakobyś we własną sprawę wiary nie miał, ozwał się milczący dotąd Hochswald. Jesteśmy na to wysłani, przez Wielkiego mistrza, żeby zgody z Ladislausem niedopuścić, a ku nam ją obrócić.

— A który to Wielki mistrz was wysłał, rycerzu von Hochswald, czy ten, co jak beczka na ligarach leży dniem i nocą na ławie, czy ten, co rwie się by jak najprędzej po nim władzę zagarnął? ozwał się z uśmiechem Robert.

— Gardłujcież tak, żeby wam za powrotem mądra głowa od gardzieli na wieki nie odskoczyła, dodał po chwili.

— Co to, groźba? zawołał z iskrzącem okiem Hochswald.

— Nie, to przyjacielska rada towarzysza Zakonu, odrzekł szyderczo Robert.

A w tem od błotnistej strony zamku, gdzie most ruchomy z desek był ściągnięty, a bystro płynąca Wilija niedozwalała przystępu, ozwały się trąby, a potem głos donośny pytający w jakim celu przybywają posłowie. Zygfryd kazał zatrąbić na znak pokoju i zgody. Wkrótce po przedstawieniu tych oznak most z ruchomych desek został rzucony na rzekę, a posłowie Zakonu, trzymając przed sobą miecze w pochwach wjechali w głąb podwórca, pogardzanego przez siebie drewnianego zamczyska.

Tu i owdzie błysnęło za nimi złowrogie spojrzenie Litwina, tu i owdzie syknęło przekleństwo, lecz posłowie ni oka, ni ucha na to w tej chwili nie mieli. Im była potrzebna przyjaźń Gedyminowa!