— To ten podłożył ogień i nie zdoławszy uciec, sam runął z żarem! — zawołał ktoś ze straży.

— Perkunowi go na objatę! — krzyczał inny.

— To teu sam, co z wnukiem Tubingasowym uciekł od Krzyżaków!

— Ten sam, co go Siewros u dziada od spalenia wyprosił!

— Spalić go teraz!

— Perkun! Perkun! Tubingas! — wrzeszczano dokoła, chwytając na wpół zemdlonego, i wywlókłszy z fosy, podążano z nim do świątyni.

— Stójcie! — krzyknął nagle głos tuż około rozjuszonych ludzi.

Na ten głos łagodny, lecz stanowczy, ucichły gwary roznamiętnionych czcicieli Perkuna, którzy rzuciwszy biednego Jaśka, stanęli w pokorze.

— Jak śmiecie wlec człeka na objatę bez zezwolenia wielkiego Kunigasa, lub knezia Gedymina? — rzeki powoli Bernard.

Przywykli do poszanowania tego ślepca, którego obok Tubingasa i samego księcia widywali, zaczęli się uniewinniać.