Bernard z mowy ich dowiedział się, kto był ów nieszczęśliwy młodzieniec i o co go posądzano. Tem gorliwiej więc zajął się omdlonym, rozkazawszy odnieść do swojej siedziby, gdzie jął leczyć jego rany. Wytłomaczył też zżymającym się po chwili posłuszeństwa ludziom, że powinni całą sprawę najpierw Gedyminowi przedstawić, a pod sąd starszyzny i Wielkiego knezia ją oddać.

Tymczasem o nieszczęściu przyjaciela dowiedział się wkrótce i Siewros: przybieżal więc do izby Bernarda i już obadwaj czuwali nad poranionym i oparzonym Jaśkiem.

XV

Gedymin po uczcie z polskimi posłami zasnął snać mocno, a sen musiał być razem twardy i spokojny, kiedy go ani trzask palących się desek tuż po za ścianą zamczyska, ani łuna pożaru, ani krzątanina ludzi nie zbudziła. Nie zbudził też hałas i jego córy, mającej wraz z otoczeniem niewieściem w drugiej stronie zamczyska schronienie.

Słonko więc już zajrzało przez wąskie okna zasłonione do połowy zaporą, gdy się Gedymin obudził. Nawet dym tłukący się po komnacie, nie zdziwił kniezia, boć dym często z komina, gdy się miało na słotę, zawiewał. Zresztą Gedymin miał snać ważne a przyjemne myśli na głowie, a czując się od napadu nieprzyjaciół bezpiecznym, nie zważał wiele na takie rzeczy marne.

Obudziwszy się, wzrok zaraz skierował na niewielką misternie rzeźbioną skrzynkę stojącą u jego wezgłowia; spojrzawszy na nią uśmiechnął się z zadowoleniem, a potem świsnąwszy na pachołka i Meszkę, jął się spiesznie ubierać, nie zapomniawszy ni razu pierwej na lewą nogę wlożyć chodak i lewy rękaw opończy naciągnąć, co mu dawało otuchę, że w tym dniu nie pójdzie nic już w jego zamysłach na marne. Okrywszy bowiem najpierw lewą połowę ciała, niedozwolił już przystępu złym duchom...

Ubierając się zaś, mówił do siebie:

— Tak, to moje rodzinne sprawy! wreszcie usunął pachołka i coraz głośniej powtarzał:

— Tak, tak! Tak, to moje rodzinne sprawy! ha, choć i ziem takoż! No, dodał jakby dla uspokojenia siebie, ziemie... toż dla nich będzie dobrze.

I zamyślił się.