— A bogate to musi być królestwo tego Władysława, boć i dary nie szpetne! takich błyszczących kamieni i w Nowogrodzie nie łatwo ujrzy. I przeniósłszy na ławę przed komin ową wyrzynaną skrzynię, począł z niej wyjmować długie łańcuchy przetykane czerwonemi i niebieskiemi oczkami, a też zausznice trzymające po cztery cale długości, i czapki szyte złotem a kamieniami.

Ukladał to wszystko na ławie i stole, a kamienie migotały blaskiem przed jego oczami barw tysiącem.

Gedymin przechylał na wszystkie strony głowę, odchodził i przybliżał się igrając z klejnotami jak dziecię igra z promieniem słońca, którego uchwycić nie może. Wreszcie zawołał:

— Meszka! i wskazał na drzwi ciężką zasłonięte oponą.

Meszka w susach i skokach, jeszcze więcej uwydatniających niekształtność jego cielska, podsunął się pode drzwi. Rozsunął łbem oponę, łapami oparł się o drzwi i po chwili trzymając delikatnie w zębach brzeg szaty Aldony, wprowadził ją przed ojca.

Gedymin uśmiechnął się na widok córki, poklepał Meszkę po łbie kudłatym, a gdy niedźwiedź z mruczeniem zaczął się panu przymilać, kopnął go nogą. Po tej ostatniej pieszczocie Meszka się usunął, przycupnąwszy z pokorą, a Gedymin rzekł, wskazując córce rozłożone klejnoty.

— Widziała ty kiedy takie bogactwa?

Aldona z otwartemi szeroko oczami, spojrzała na świecące się przed nią złoto i kamienie. Po chwili przymknęła powieki i znów je otworzyła.

— Oj, ta że, aż oczy bolą patrzeć na nie, rzekła, przysuwając się do ojca z pewną bojaźnią, lecz spoglądając ciekawie.

— Czy to żywe? — zapytała po chwili.