Gedymin rozśmiał się, a biorąc do ręki łańcuch, rzekł.
— Nie — one nie żyją, chociaż migocą! to są kamienie, w które stroją się królewny.
I wziąwszy wielki łańcuch, począł okręcać go koło kształtnej kibici dziewczęcia, która poddając się ojcu, drżała jednak bojaźliwie przed tą ozdobą, która ją jakby wąż do koła owijała.
Widząc jednak, że łańcuch nie dusi, chętnie już poddała szyję i uszy, na których książę z pewną dumą zawiesił długie złociste ozdoby.
— Córo moja, te śliczności, to twoje! rzekł Gedymin przypatrując się z pewną dumą stojącej przed nim i nieśmiejącej się ruszyć Aldonie.
— Tak, tobie to przysłał Władysław król lacki w darze, żądając cię w małżeństwo dla swego syna królewicza Kazimierza.
Aldona spuściła oczy i żywym spłonęła rumieńcem.
A w duchu pomyślała:
— Bogna mówiła o swatach, ale tam były pieśni i dary, a tu same tylko dary... Czemu? — i zamyśliła się głęboko.
— No, cóż, dziewko, nie cieszysz się z takiego zamężcia? — a nic czekając odpowiedzi rzekł.