— Kiedyż my się znów obaczymy?
— Nie umiem ci dnia powiedzieć — odpowiedziałem — ale na każden wypadek, nim odjadę do domu, będę jeszcze w Koszycach.
— Wieszże co — rzecze on do mnie — zostań tu jeszcze przez dzisiaj, bo my musimy po drodze wstąpić do Gumnisk i potem nocować w Tarnowie, a jutro przyjedź do Koszyc, to mnie na pewno zastaniesz.
— Zapewne tak będzie — odpowiedziałem; po czym pożegnali się ze wszystkimi i odjechali.
Pani stolnikowa wyszła zaraz do gospodarstwa, Zuzia też także się to do tego, to do owego pokoju przechodziła, więc ja tylko sam jeden z Zosią pozostawałem, dziadka przytomnego w to wcale nie licząc, bo ten, jak wiadomo, nie dosłyszał i można było sobie przy nim tak dobrze rozmawiać, jakby i bez niego. Mówię ja tedy do Zosi:
— Dzisiaj więc na każdy wypadek sprawa nasza się zdecyduje. Co pani rozumie o tym, jak to będzie?
— Ja nie mogę nic wiedzieć.
— Przecie, jak pani rozumie?
— Ja nie wiem, to od mamy zależy.
— Cóż panna Zuzanna mówi na to?