— O! To tam stolniczeńko Mazurów nasiecze, kiedy się pomiędzy nich dostanie.
— Ja Mazurów? Uchowaj Boże! Możem się już z jakie trzysta razy na rękę probował przez moje życie, a jeszcze ani razu z Mazurem.
— Ej! To jeszcze tak do nieba nie pójdziesz, musisz i tego poprobować.
— Ha! Jak Bóg da, trudno to, panie Jędrzeju, wyłamywać się spod tego, co Pan Bóg na człowieka nadeszle48.
— Widzisz, to na niego Pan Bóg burdy nasyła.
— A cóż? Przeciem49 katolik i z szatanami spraw nie mam. A teraz na przykład: staję w Sanoku i usiadłszy sobie przed bramą gospody, czekam, póki pachołek koni nie popasie, aż tu nagle słyszę gwar jakiś w sieni. Przybiegam, patrzę, aż tu jakiś z niemiecka przybrany pyta mojego sługę o paszport.
— O paszport! — zawołali obadwa żałośnym głosem przy beczce.
— O paszport. Ja do niego: — Co zacz? — a on i mnie o paszport. — Ja tutejszy, mospanie, ale ty co za jeden? — A on z krzykiem: — Ale ty co za jeden? — Hej! Jak porwę gwintówkę z mojego wozika... poszedł, jakby go nigdy nie było.
— O paszport go pytali! Mój Boże! — zawołali znowu obadwa od beczki.
— O paszport! Jak mnie Bóg miły! — odpowie Deręgowski ze łzami.