— Mości dobrodzieju — odpowiedziałem — nie tylko honor mi waszmość tym wyrządzasz, że raczysz nawiedzić ubogą strzechę moją, ale nawet i dobrodziejstwo, bo co w tej chwili, to wcale nie mógłbym mieć pożądańszego gościa nad mojego kochanego misjonarza.
— Jakżeż zdrowie waszmości, które tak nadwerężone było przeszłego roku? — spytał mnie ksiądz, kiedyśmy weszli do pokoju.
— Zdrowie jak zdrowie — odpowiedziałem — Pan Bóg jakoś łaskaw; ale są inne zgryzoty, które dobierają się do żywego, i ot, prawdę powiedzieć, gdyby nie to trochę ufności, którą człowiek jeszcze ma w Panu Bogu i łasce Jego, toby już przyszło zdesperować z kretesem.
— No, proszęż, cóż to takiego? Co to? Proszę mi się trochę wyspowiadać, panie Marcinie, trochę ulżyć swojemu sercu, trochę podysputować ze mną; może na to znajdziemy jaką radę, jakie lekarstwo, jaką ulgę przynajmniej. A możesz to waszmość uczynić śmiało i bezpiecznie; z czym się wygadasz przede mną, padnie jakby w grób zimny i przywalone będzie kamieniem ślubów klasztornych. Człowiek, który umarł dla świata, nie wygada się z niczym, a ponieważ żyje tylko na to, aby służył Bogu i usłużył ludziom w potrzebie, toż mu i nie tak trudno poświęcić się dla pomocy bliźniego. — Ja też na to:
— Bóg wam zapłać, dobrodzieju, za wasze dobre chęci dla mnie; ale nie wiem, czy mi co pomożecie na to, bo to rzeczy światowe i ot, bodaj czy nie grzeszne.
— Nic to wszystko nie wadzi; jeżeli światowe, toż i my nie zza świata, a jeżeli, broń Boże, grzeszne, to już wcale do naszego autoramentu należą i nietrudno nam będzie dać na nie radę. Cóż to takiego?
— Ej! Nie potraficie mi pomóc, księże, ale mogę wam opowiedzieć; wszakże pierwej się trochę posilicie i wypoczniecie.
Jakoż natychmiast przeszliśmy do jadalnej izby, gdzie stół nakryto i wniesiono piwo grzane ze serem, potrawę z jaj i rybę, do których pożywania zasiedliśmy z księdzem obadwa, bo i mnie jakoś na widok obcej osoby trochę chętka przyszła do jadła. Śród wieczerzy i po niej jeszcze długo opowiadałem gościowi memu tę nieszczęśliwą sprawę, przywodząc wszystko aż do najdrobniejszych szczegółów, prawie jak na spowiedzi. Słuchał on mnie cierpliwie i z wielką uwagą i nie przerywał mi, tylko wtedy, kiedy się chciał o czymś dokładnie dowiedzieć. A kiedym skończył właśnie na tym, jakom wstąpił po Murdeliona do krośnieńskiego klasztoru, rzekł on do mnie:
— Po Murdeliona?... Nie znam ci ja wprawdzie z bliska tego Murdeliona, ale nie zdaje mi się, ażeby to był człowiek do tego, żeby kogo uspokoił i jaką boleść uśmierzyć potrafił. Nie jest on zresztą księdzem, o ile z boku się mogłem dowiedzieć; ma to być pan jakiś alboli też szlachcic znakomity, którego przeszłe awanturnicze życie w mury klasztorne zaprowadziło; znaczy on wprawdzie wiele w krośnieńskim klasztorze i ma wielkie zachowanie u bractwa, ale to podobno nie rozumem przychodzi do tego, tylko groszem, którego dla konwentu nie szczędzi. Myśl wszakże, którą waszmość miałeś, aby wziąć jaką świątobliwą osobę do siebie dla czytania wspólnie słowa bożego, dla oderwania się od ziemskich frasunków, dla podniesienia ducha poważną i stateczną rozmową, jest bardzo chwalebna i gdybyś ją był przyprowadził do skutku, stałaby się niezawodnie dobrym dla niego lekarstwem; ale to do tego nie brać ci było kogo innego, jeno księdza Innocentego, franciszkanina z tego samego klasztoru, który już nieraz podobne służby odprawiał, którego znają po całej Polsce i zapraszają do oddalonych miejsc świętych na kazania i który jest człek wiekowy, doświadczony, świadomy świata i ludzi, i rzeczy światowych, i różnych pomiędzy ludźmi stosunków, a w naukach wszelkich jest jakby we własnym domu. Co się zaś tyczy owej miłości i konkurencji, której rekuzę sobie waszmość uważasz za wielkie nieszczęście i bierzesz za powód do tak czarnego frasunku, to jest rzecz, o której wiele by mówić, a właściwie nie warto.
— Jak to! Nie warto? — zawołałem.