— To już zwyczajnie jest tajemnicą konwentu.
— To mniejsza z tym — rzekłem — proszę przysłać go do mnie, a będę pamiętał o krośnieńskim klasztorze i nadal.
To rzekłszy, pokłoniłem się i zabierałem się do wychodu, on zaś tymczasem:
— Może wielmożny pan pozwoli przekąskę... klasztorna wódeczka nie zawadzi na drogę.
— Nie, nie, dziękuję, czekam tylko na wóz i braciszka. Ścielę się do nóg.
— Niechajże Pan Bóg prowadzi szczęśliwie — odpowiedział gwardian, a ja wyszedłem i zastawszy konie moje już zaprzężone, ruszyłem dalej.
I lubo mój zamiar dowiedzenia się, kim jest, a przynajmniej, kim był dawniej Murdelio, spełzł na niczym, jednakże choć z nadzieją, że go będę miał w moim domu, stanąłem dnia drugiego u siebie.
Tam znalazłem wszystko w porządku i uczciwości, i bydło, i konie, i spiżarnię, i sprzęty, i zgoła dom cały. Jednak wszystko to mnie tak nie cieszyło, jak ten kącik spokojny i własny, w którym się zamknąć mogłem jak ów ślimak w skorupianym swym domku, sam, sam jeden tylko, z moimi wszystkimi myślami, z moimi wspomnieniami, z moją nieprzerwaną miłością dla Zosi, z moją nieuspokojoną tęsknotą; ale oraz i z ową nieocenioną władzą duszy, z której, jak rzeczne wody z swych źródeł, ustawicznie jedna z drugiej się wysnuwają nadzieje. I tak mi poczęły płynąć dnie jeden za drugim, każdy z nich długi jak wieczność, każdy smutny jak kir żałobny, każdy zalany łzami, owiniony w westchnienia, każdy pokrajany niecierpliwością i targaniem się duszy mojej, która się gwałtem wypierała z tego nieznośnego więzienia. I były to bardzo smutne dnie mego życia, niczym nierozerwane, niczym nieumajone ani rozweselone. Nie miałem snu ani spokoju, ani chętki do pracy, ani do jadła, ani do napoju, próbowałem wszystkiego, aby się choć chwilowo rozerwać, ale nic się nie chwytało ani rąk moich, ani głowy. Wychodziłem czasem do gospodarstwa, ale to mnie zaraz nudziło; wsiadałem na konia, ale zaledwie ujechałem kilkaset kroków, zaraz wracałem; począłem na nowo czytanie ksiąg świętych i śpiewu, ale i to mnie się prędko sprzykrzyło; w księgach nie znajdowałem pociechy, głos ludzki mnie raził i powypędzałem to z domu. Posłałem po mego podjezdka do Konopki, była to wielka dla mnie rozrywka; napisałem list do niego i spodziewałem się, że mi coś doniesie o Zosi. Przez te dni, kiedym się już spodziewał powrotu pachołka, co chwila wybiegałem za bramę, wyglądałem na drogę, wyczekiwałem go jak zbawienia, chociaż cóż on mi mógł przywieźć? I istotnie się tak stało; pachołek powrócił, konia przyprowadził ze sobą i nie tylko od Zosi, ale nawet od Konopki nic mi nie przywiózł, bo go nie zastał w domu. Więc znowu ten sam smutek, taż niecierpliwość. I trwało to tak kilka tygodni.
Nareszcie dnia jednego wieczorem, kiedym siedział w kącie o zmroku i przypominał sobie owe szczęśliwe chwile, w których mi wolno było widzieć przynajmniej Zosię i z nią rozmawiać, i kiedym się nurzał tak w tym szczęściu minionym, żem zgoła o obecnym szczęściu zapomniał, dają mi znać, że ksiądz jakiś przyjechał przed ganek. Byłem pewny, że to Murdelio. Porwałem się i wybiegłem do sieni, jednak ku zdziwieniu mojemu obaczyłem cale nie tego, któregom się spodziewał. Jednak i tak dobrze: był to bowiem ów ksiądz misjonarz św. Wincentego á Paulo, którego zeszłej jesieni zdybałem był w Hoczwi na misji.
— Przepraszam waszmość dobrodzieja — rzekł ksiądz, przystępując do mnie — że ja tu tak śmiało zajeżdżam sobie do pańskiego dworu, ale i mam zaprosiny od pana, i trudno by to inaczej zrobić, kiedy mnie noc zapadła na drodze.