Mówił potem ksiądz dalej, wszędzie przywodząc Pismo święte i różnych poważnych pisarzów opinię, że nie tylko jest błędem, jest grzechem dać się począć w swym sercu tak nędznemu afektowi, jakim jest miłość dla kobiety, ale dowodzi to nawet niepospolitej małości ducha, graniczącej bardzo blisko o bezduszność zwierzęcą, jeżeli kto temu afektowi daje się porwać i pod jego nagabaniami głowę i rozum utraci.
— Głupstwo jest wielkie — ciągnął zawsze z umiarkowaniem misjonarz — myśleć, że ten albo ów człowiek nie może już zażyć szczęścia z inną kobietą, tylko z tą, którą sobie w jednym swojego życia upodobał momencie. Tysiąc i milion jest jeszcze kobiet, i rozumniejszych, i lepszych, i piękniejszymi obdarzonych przymiotami niżeli ta jedna; tysiąc i milion takich, z którymi byłby szczęśliwszy niżeli z tą jedną. Dlaczegóż się dać opanowywać takiej bezrozumnej ślepocie? Dlaczegóż bezzasadnym uporem zabijać sobie głowę? Dlaczegóż nie ukołysać duszę i serce do snu na chwilę i dać jej czas do wytrzeźwienia się z tego miłosnego pijaństwa, tak jak usypiamy ciało, aby się wytrzeźwiło po upojeniu winem lub innymi trunkami?... Wszystkie dusze ludzkie są sobie pokrewne; pomiędzy wszystkimi jest jakiś węzeł niewidomy, jakaś wzajemna atrakcja, bo wszystkie wyszły z jednej kolebki, z łona samego Boga; ale nie powiązał je Bóg parami, nie pospokrewniał po dwoje w niebie na to, aby tu potem, szukając się wzajem, grały w ślepą babkę na ziemi! Nie masz przeznaczenia dla ludzi pod względem małżeńskim! Ale jest przeznaczenie takie, że jeżeliś jest praw w duszy twojej, masz serce czyste, obyczaje uczciwe i łagodne i jeżeli sobie dobierzesz żonę z chłodem i zastanowieniem, pilnie bacząc na to, iżby była dzieckiem uczciwych rodziców, wykształcenie miała odpowiednie twojemu, duszę piękną i uczciwą, była skromną, pracowitą, nabożną, to czy jej będzie imię Zosia, czy Zuzia i czy jej ród będzie szedł od Murdelionów czy Nałęczów, czy Ślepowronów, nie możesz z nią być nieszczęśliwy. Jeżeli potraficie statecznie ze sobą dzielić pracę, uciechy i dolegliwości, ustępować jedno drugiemu w uporze, błędy sobie z wyrozumiałością przebaczać, a w nieszczęściach znachodzić289 ulgę we wspólnej modlitwie, to nie możecie być nieszczęśliwi — a dopiero ta miłość, która wtedy pomiędzy wami wyrośnie, na wspólnym używaniu dóbr doczesnych się ugruntuje, wspólnymi cierpieniami się umocni, wspólnymi uciechami umai i we wspólnej modlitwie swoją nadziemską widzieć będzie koronę — ta miłość dopiero przekona ciebie, że prócz niej nie masz i nie było innej, która by godną była takiego imienia.
Ksiądz ten tak to mówił ładnie i tak mu się wszystko składało, takie mi zdrowe argumenta podkładał, że kiedy skończył, nie mogłem się dosyć nadziwić jego mądrości i prawie już przekonany byłem z kretesem. Kiedy więc umilkł i popatrzył mi w twarz, zapewne po to, aby obaczyć, jaki skutek jego mowa zrobiła na mnie, tom zrazu oczy spuścił ku ziemi, a potem zgoła odstąpiłem od niego i począłem przechodzić się po pokoju, zawsze w wielkim podziwieniu dla misjonarza mądrości i znajomości ludzkiego serca. I byłoby to bardzo dobrze i na moją chorobę niezawodnie skutecznie, gdyby tylko misjonarz był zarazem tą mową i pamięć Zosi zatarł był we mnie tak, żebym sobie już jej nigdy nie przypomniał. Ale kiedy po chwili śliczna dzieweczka ta objawiła się duszy mojej, cała, tak jak ją znałem i na śmierć miłowałem, taka śliczna! a do tego smutna i zapłakana, i mnie kochająca, to rozum mój, przyjmujący prawdy misjonarza, ustał w swojej robocie, mróz mi poszedł po całym ciele, serce uderzyło gwałtownie, a ksiądz mi się wydał strasznie nudny i głupi. Rzuciłem też na niego tryumfującym wzrokiem, zaśmiałem się w duszy i pomyślałem sobie: dobrze mi tak, bo cóż to za koncept rady księdza zasięgać w miłości?
Ale wymowny ten nauczyciel praw boskich i wielki znawca ludzkiego serca poznał za jednym rzutem oka, że lubo290 mnie od razu przekonał, jednak w tym momencie serce moje upomniało się już o swoje prawa; jakoż291 i rzekł natychmiast:
— Panie Marcinie! Źle jest, bardzo źle z tobą. Padnij krzyżem i módl się, bo się Bóg twój odwrócił od ciebie. Ziemia wzięła górę nad niebem, ciało twoje nad duchem twoim. Szatan cię otoczył wszystkimi mamidłami swojego państwa i już ci błyszczącą wstęgę owinął około szyi, aby cię na niej zawiódł do wiecznej zguby. Módl się, módl się, bo zginiesz.
Jam stał i patrzył na tego księdza, którego twarz coraz więcej się rozżarzała, coraz wyrazistszej nabierała postaci; alem już był z tej strony, w którą on trafiał, zimny jak bryła lodu, nieporuszony jak głaz... Zosia w białej jak lilia sukience, niebieską w staniku przepaską szeleszcząca w powietrzu, z więdniejącą różą na piersiach unosiła się jakby anioł zbawienia nade mną.
Ksiądz mówił dalej i w coraz większy zapał wpadał, głos podnosił, ręce wyciągał — jam jeszcze słuchał długą chwilę i milczał. Ale na koniec zniecierpliwiło mnie to kazanie, więc się porwałem i rzekłem:
— Mości księże! Waszmość jesteś bardzo rozumnym człowiekiem i pewno doskonale znasz sprawy ludzkie, bom cię słyszał o nich mówiącego w hoczewskim kościele; słuchałem bez uprzedzenia i zdumiewałem się tylko nad głęboką twoich opinij mądrością i nieporównaną twego języka wymową. Dzisiaj słucham cię może z niejakim uprzedzeniem o tej materii, o której mówimy, ale w tym nigdy mnie nie przekonasz, żeby miłość czysta i nieskalana była jakimkolwiek szataństwem. Słyszałem już kazania i biskupów, i archimandrytów, i kamedułów, i jezuitów, i innych żarliwych karcicieli wad ludzkich; słyszałem księdza Marka, który tak dalece potępiał cielesność, że rozkazywał ludziom, iżby byli czystymi duchami; słyszałem księdza Barszczewskiego, także misjonarza, a sławnego na cały kraj rygorystę; księdza Dutkiewicza, eks-jezuitę, miałem nauczycielem przez lat kilkanaście — ale żaden z nich tego nie powiedział. I dobrze zrobił, że nie powiedział, bo byłby się, tak jak waszmość, ominął z rzeczywistością i prawdą. Byłby, wymagając od ludzi rzeczy niepodobnych i nadludzkich, przeciągnął tę strunę i byłaby pękła w jego ręku. A jemu ją tylko nakazano nastroić. Bo i cóż to jest miłość? Czyż to nie jest najpiękniejszy afekt ludzkiego serca? Nie najzieleńszy to listek rozkwitującej się duszy ludzkiej? Nie braterskaż to dłoń podana całej ludzkości za pośrednictwem kobiety? Nie pierwszyż to, nie konieczny krok, zrobiony przez nieznanego dotąd światu młodzieńca na owej pięknej drodze, która go ma zaprowadzić pomiędzy ludzi, uczynić członkiem statecznej rodziny, osadzić na pewnym stanowisku w społeczeństwie, namaścić na ojca, na obywatela? Czymże grzeszy ta miłość, która z bijącym sercem zbliża się do uwielbianego przedmiotu, staje od niego o kilka kroków, milczy i rumieni się lada chwila, i nie pragnie niczego więcej, jak tylko widzieć ją czasem, przejrzeć się w jej oczach, westchnąć za nią do Boga, za jej pokój, za szczęście, podać jej wodę, chustkę albo kwiatek, dotknąć się jej ręki!...
— Dosyć! — zawołał ksiądz. — Dotknąć się jej ręki! Tym grzeszy miłość.
— A cóż to za grzech? — zapytałem.