— Zaraz ci to wywiodę. Waszmość powiadasz rzeczy ani dla mnie nowe, ani nieznane. I owszem, aż nadto dobrze znajomy mi język, którym mówią miłośnicy. Ale po porządku, po porządku. Najprzód tedy, co powiadasz, że ani biskupi, ani archimandryci, ani ksiądz Marek, ani ksiądz Barszczewski nie powiadali takich opinij, jak moja, to kłamiesz brevi manu292. Każdy z nich, czy mówił, czy nie mówił o tej materii, to miał i musiał mieć tę samą, co ja o niej opinię, bo tak stoi napisano. Ksiądz Marek nawet cale nigdy o miłości nie gadał, bo jak wiadomo, teksta brał cale inne. Księdza Barszczewskiego, jeżeli kiedy słyszałeś, to go nie rozumiałeś, kiedy tak mówisz. Co zaś powiadasz, że przez zbytnie naciąganie tylko zerwać można tę strunę, którą należało nastroić — to masz rację w połowie. Zerwać tylko można, ale ją też i zerwać należy! Zerwać tę strunę, która grać nie powinna i grać nigdy niezdolna w dźwięcznej cnót ludzkich harmonii! Miłość dla kobiety, miłość niezwiązana stułą i niepobłogosławiona przez namiestnika bożego, nie jest struną grającą. Jej głos jest chrypliwy, charczący i brzydki, a lubo w pierwszych dniach swego istnienia ma takie chwile, w których miłym odzywa się dźwiękiem, to jeśli i ten dźwięk nie jest ułudą, to trwa tak krótko i tak prędko głos swój odmienia, że go tylko tym prędzej przytłumić należy. Miłość w dniach pierwszych podobną jest do małego tygrysiątka: śliczne ono jest i łaskawe, pokorne i wstydliwe, gdy się narodzi, ale za trzy dni owce już zjada. I gdyby to wiedzieć, gdzie jest granica; gdyby wiedzieć, kiedy przychodzi ta chwila, w której zęby jej rosną, to może by ją można uczynić bezzębną i utrzymać we wstydliwości, w pokorze, i uczynić z niej kwiat i ozdobę ludzkości, ale kiedy, tego nikt nie wie i wiedzieć nie może! Dopiero, patrzysz, stoją niewiniątka jak trusie, z daleka od siebie, oczy opuszczone ku ziemi, rumieńce wstydu na twarzach, ani cienia złego tam nie ma... odwróciłeś się — oni już sobie w ramionach. Dowód tego, co mówię, jest właśnie na tobie. Z bijącym sercem zbliżasz się do uwielbianego przedmiotu, stajesz od niego o kilka kroków, rumienisz się lada chwila, nie pragniesz niczego więcej, jak tylko widzieć ją czasem, przejrzeć się w jej oczach, westchnąć za nią do Boga za jej spokój, podać jej wodę, chustkę albo kwiatek... to wszystko dobrze! ale ty chcesz już dotknąć jej ręki! A czegóż ty zechcesz za chwilę? A wiesz ty, czego ty jutro zapragniesz?
— Ależ bo...
— Z wolna! Wiem, co chcesz mówić. Ależ bo tyś jest uczciwy człowiek i honorowy kawaler, ty masz duszę tak mocną, że nigdy byś się nie dopuścił żadnego haniebnego uczynku. Ja wierzę. Ja wierzę temu, lubo widoczna jest, że masz duszę dość słabą, kiedy i miłości nie możesz w sobie utłumić; lubo widoczna jest, że kto jednej żądzy się poddał, ten się podda i drugiej, i dziesiątej, i setnej... ale ja wierzę. Tyś jest uczciwy i honorowy kawaler, tyś jest mocny jak dąb i niewzruszony jak skała. Ty się oprzesz pokusom, ty zniesiesz wszystkie ciosy i przeciwności. Ale wiesz ty, kto i jaką jest ta druga osoba, którą stawiasz nad bezdenną przepaścią? Wiesz ty, jaką jest ta głowa, którą obałamucasz, jakie to serce, w którym niedoświadczone dotąd rozniecasz płomienie, jakie te oczy, przed którymi otwierasz światy dotąd nieznane a całkiem nowe? Któż będzie odpowiadać za tę głowę, jeżeli owariuje w gorączce, kto odpowiadać za serce, jeżeli zwiędnieje i umrze od samej tęsknoty i bólu; kto odpowiadać za oczy, jeżeli w tym świecie nowym śród mar i pokus błędną upatrzą drogę i poprowadzą na nią pijaną duszę, pokalają ją błotem i zgubią? I ty powiadasz, żeś jest uczciwy człowiek i honorowy kawaler? Toż to uczciwość jest, nie wiedząc naprzód, czy ci wolno będzie twój afekt sakramentalnym uwieńczyć związkiem, czy rodzice nie będą mieli nic przeciw temu, czy inne nie staną na drodze przeszkody, od bałamuctwa poczynać, od rozbudzania afektu, od podnoszenia go do namiętności, od zwariowania już w pierwszym kroku? Nie mówię już, co poczniesz wtedy, kiedy związek nie przyjdzie do skutku, ale gdy przyjdzie, co będziecie dalej czynić, kiedyście tak poczęli? Co będzie za lat kilka, gdy braknie karmy dla tych gwałtownych płomieni, gdy się wulkany wypalą i na ich miejscu same pozostaną popioły?... I dziwnaż to ma być komu, że się dzisiejszymi czasy małżonkowie już w rok nudzą po ślubie, że już w drugim się kłócą, a w trzecim wodzą za łby po sądach i przed opinię świata wytaczają domowe niesnaski? O, nie, mój bracie, niegłupi byli dziadowie nasi, że sami upatrywali małżonki dla synów. Niegłupi, że im pierwszy raz wzajemnie sobie w oczy popatrzeć dawali dopiero przy ślubnym ołtarzu. Niegłupi, że od razu dawali się wyburzyć i krwi, i żądzom, i chuciom, a dopiero po uspokojeniu tychże dawali czas wolny i spokojny do zawiązywania się związkom duszy i serca. I zawiązywały się one pięknie i statecznie, i trwały do grobu. Niegłupi oni byli, bo budowali na przyszłość, i budowle ich były wielkie i wspaniałe, i wzniosłe, i trwały długo, i Pan Bóg im błogosławił. I kiedy w takich mieszkali budynkach, to sami byli wielcy i bezpieczni i nie mieli do nich przystępu ani nieprzyjaciele postronni, ani sto razy gorsi od tamtych nieprzyjaciele wewnątrz wylęgli, jakimi są głupie i niewczesne afekta, jakimi są żądze, pochucie i namiętności, które wysilają rozum, palą serce i niszczą ciało przed czasem. A wy się ubieracie w peruki, w trzewiki, w batystowe koszule i wiatrem podszyte kubraki i szarpie was wtedy, kto nie chce, i pali was wszelki diabeł z całego świata, i rzucają wami wszelkie wściekłe pokusy; toteż was te pokusy rozeprą i spalicie się sobą samymi na węgiel, i diabeł was weźmie z kretesem!
To rzekłszy, przysunął do siebie księgę, która koło niego na stole leżała, a w której były księdza Skargi Kazania, i nie dawszy mi ani słowa wymówić, otworzył ją i zaczął w niej czytać na głos. Prawdę mówiąc, niebardzo ja uważałem, co on tam czytał z tej księgi, a lubo mowa jego słowo w słowo utkwiła mi w głowie, to jednak wtedy tylko owo miejsce najbardziej mnie zajmowało, w którym mi wyrzucał, żem niebacznie niewinną Zosię naraził kto wie na jakie zgryzoty, na umartwienia, a może i na prześladowania. To mnie utkwiło w głowie, w sercu, zajęło całą duszę. Biedna Zosia! Co ona myśli teraz? Co robi? Jakie jej położenie? Jak postąpiła z nią matka? Jak sobie poczyna z nią Zuzia, owa złośliwa, głupia, zepsuta Zuzia, która nawet u rodzonej siostry swojej nie zasłużyła sobie na ufność? Biedna Zosiu! Jeżeli ci miłości twojej nie umieli przebaczyć, jeżeli ją zawsze jeszcze uważają za występek przeciwko ich domowej polityce, za targnięcie się na świetność ich rodu, za bunt przeciw zamysłom matki... jakże wiele ty cierpieć musisz! I kiedyż ty znajdujesz ulgę w twoich cierpieniach, gdzie pociechę na twoje smutki? Maszże ty kogo tam w całym domu, maszże choć jedno serce około siebie, któremu byś się zwierzyć, jedną duszę, do której byś się przytulić mogła? Biedna, wśród ludzi samotna, śród tylu krewnych obca dziś Zosiu! Biednaś ty dzisiaj, bo minęły już dnie twego szczęścia, minęły dnie owe, w których mało wiedząc o świecie, mało się troszcząc o ludzi, cała żyłaś w twych kwiatkach, cała w snach twoich pięknych, których drobne przepowiednie ci się często ziszczały. I byłaś tak szczęśliwą, jak owe kwiatki, które rosły i kwitły pod ochroną opiekuńczej twej rączki, i jak owe róże i lilie, którym pozwalałaś kwitnąć i odkwitać dla siebie, i jak owe ptaszki, które wiosną wylatują do słońca i biją skrzydełkami z radości, a umęczywszy się troszkę, usiadają na zielonej, chłodem objętej gałązce i poczynają śpiewać Panu Bogu, który je stworzył, słońcu, które je ogrzewa i sobie. Wszystko to było kiedyś. Dzisiaj wiele się odmieniło, dzisiaj mniej już myślisz o kwiatach, mniej o listkach uwiędłych i świeżych, mniej łez miewasz w oczętach, mniej westchnień w piersi — ale za to oszukiwane łzy bywają większe i naglejsze, westchnienia głębsze i boleśniejsze, a nocne twej duszy widzenia ledwie bym się poważył odgadnąć. Zgoła wszystko się odmieniło; serce, serce tylko pozostało to samo. I jako pierwej obejmowało róże i braciszki, jako drżało na wspomnienie uwiędłego goździka, jako upadło z żalu nad usychającym powojem, tak teraz...
Teraz misjonarz czytał księdza Skargę, jam słuchał i myślał i obadwaśmy293 byli tak głęboko zatopieni każdy w swojej robocie, żeśmy się mimowolnie wstrzęśli obadwa, kiedy coś nagle zaturkotało przed gankiem.
— Cóż to jest? — rzekłem ja zdziwiony. — Któż to może być o tak późnej godzinie?
— Nie wiem — odpowiedział misjonarz — zapewne gość jakiś... ale to późna godzina.
Spojrzałem na zegar, było pół do jedenastej, i tak mnie to jakoś zbałamuciło, żem nawet zaniedbał wyjść na ganek dla przywitania gościa. Ale wtem drzwi się otworzyły i wszedł cicho i spokojnie Murdelio, mówiąc we drzwiach:
— Pokój temu domowi i mieszkańcom jego!
— Na wieki wieków — odpowiedział misjonarz; ja zaś skoczyłem, witając: