— A! Ojciec Murdelio! Witajże waszmość w moim domu; wielkie to dla mnie ukontentowanie.
— Niepospolity honor to dla mnie — rzekł na to Murdelio, nisko schylając głowę i głosowi swojemu dając znamię uroczystej pokory — że, mnich ubogi i nic nieznaczący, sprawiam waszmości ukontentowanie. — Tymczasem misjonarz do niego:
— Jak się macie, ojcze?
— Dosyć dobrze, do usług waszmości — zawsze z pokorą i przy drzwiach odpowiedział Murdelio.
— Ależ proszęż bliżej — rzekłem ja na to — może się czym posilicie, zmęczeni z drogi. Każę co zrobić ciepłego.
— Jak łaska waszmości.
Przywoławszy tedy sługę, rozporządzałem dla nowego gościa wieczerzę; tymczasem zaś mnisi obadwa rozmawiali ze sobą, ile zasłyszeć mogłem, o zdrowiu i powodzeniu wzajemnych swych przełożonych. Gdym do nich powrócił, wycedziliśmy jeszcze słów kilka obojętnych o pogodzie i złych drogach, a kiedy stół nakrywano dla Murdeliona, misjonarz powstał i rzekł:
— Panowie jeszcze jaką chwilę pogawędzicie ze sobą, ja zaś muszę was przeprosić i udać się na spoczynek, a nawet pożegnać już łaskawego na mnie gospodarza, bo jutro o samym świcie muszę ruszać w dalszą drogę.
— Jak to! — rzekłem. — To waszmość nie zabawisz u mnie przez jutro?
— Na żaden sposób nie mogę; jutro muszę być ze mszą w Hoczwi, czekać mnie będzie tam pan Osuchowski z ichmość panem Urbańskim, skąd mają mnie zabrać do siebie dla naradzenia się względem fundacji kościołka powstać mającego ze składek w jednym miejscu w tych górach.