— Piotrowicz mu niechcący nastąpił na nogę — odpowiedziałem.
— He, he, he! — zaśmiał się na to Murdelio, podnosząc głowę i wyszczerzając dwa rzędy białych jak mleko zębów, ale taki to był śmiech jakiś dziki, taki jakiś zwierzęcy, że chcąc nie chcąc, mróz mi poszedł po całym ciele. Zaraz też Gondoni, kończąc dysputę, rzekł do nas:
— Nie przeszkadzam panom, nie przeszkadzam. Pan Urbański się ma wprawdzie niedobrze, bo przyznam się panom, że takiej rany jeszcze nie widziałem; czym to i jak to było cięte, Bóg raczy wiedzieć.
Tu znowu tak samo się roześmiał Murdelio.
— Ale zdrów będzie, zdrów będzie — dodał Włoch. — Dobranoc panom, dobranoc, powolne służby moje polecam — i wyszedł. Myśmy zaś znowu we trzech, tak jako przedtem, zostali. Więc zasiadając na nowo, rzekł zaraz pan Fredro:
— No, powiadajże teraz, bom bardzo ciekawy. Już nam nic nie przeszkodzi.
Ja już milczałem.
— Nalejże mi wina — rzekł z sardonicznym uśmiechem Murdelio.
Tymczasem słudzy weszli i połowę stołu odjęli, tak że jeno mały kwadratowy pozostał, ale i na nim, i pod nim butelki jak przedtem, obrusa nie zdjęto, a podczas kiedy my z gospodarzem każdy z swojej strony przysunęliśmy się bliżej do stołu, Murdelio lulkę zapalił, szklanicę wychylił i zaczął w ten sens: