— A ja się założę, że ma rożki na głowie.

— Dobrze, ja się zakładam, ale kto go pomaca?

— O, ja nie! — protestował się Bal.

— No, to nie ma zakładu.

— Ale krzyż mu zrobię na plecach święconą kredą.

— Dobrze — rzekłem — ale gdzież kreda?

— Ja ją mam przy sobie, bo nigdy bez niej nie jeżdżę.

— Więc idź i zrób.

Poszedł tedy Bal na drugą stronę stołu i podczas kiedy Murdelio, ze stojącymi Gondonim i Fredrem rozmawiając, stał obrócony plecyma do okna, ten mu zaszedł z tyłu i przystąpiwszy do niego, rękę z kredką podniósł mu do kołnierza. W tym atoli momencie Murdelio się ruszył, a Bal z okropnym krzykiem: „Aj, aj, aj! Jezus Maria!” — upadł jak długi na ziemię. Wszyscy się zerwali, Murdelio także się obrócił, mówiąc nachylony ku wstającemu: „Co jest waszmości?” — ale gdzie tam! kasztelanic się zerwał i jak oparzony uciekł, kulejąc, do sieni, kredkę zostawiwszy na ziemi. Nikt nie wiedział, co to się stało; ja wybiegłem za Balem i dowiedziałem się już na pewno, że Murdelio jest diabeł, bo w tejże samej chwili, kiedy Bal mu przykładał kredkę do kontusza, ten go tak silnie na nogę nadeptał, aż paść musiał na ziemię. Mnie się ta rzecz wydała dość naturalną: przy żywej gestykulacji, którą miał we zwyczaju Murdelio, nic dziwnego, że się raptem cofnął; że trafił na nogę Bala, przypadek, a że bolało, toż trudno miało nie boleć, kiedy następujący był chłop duży i mężny i miał ciężkie klasztorne buty na nogach, a nastąpiony żółte kordebanowe329. Ale na upór lekarstwa nie ma: Bal nie tylko mi się nie dał przekonać, ale mi nawet but swój pokazywał, na którym się smoła piekielna ostała. Z nabitą tym diabelstwem głową powróciłem do sali; zaraz mnie tedy pytają:

— Co jest panu Balowi?