— Ah! signore Gondoni! — zawołał pan Fredro. — Jakaż to dla nas surpryza328! — a do mnie mruknął: — Bodaj go diabeł wziął, jaką nam przerwał zabawę.
— A! To waszmość przy winie! — rzekł Gondoni po włosku, kłapiąc ręką w ogromną blaszaną tabakierkę i uśmiechając się jak szczur do słoniny, bo ze swoim szpiczastym nosem cale do tego zwierzątka zdawał mi się podobnym. — Pięknie! Pięknie!
I zaczęła się zaraz dysputa we włoskim języku, którą Murdelio równie przeważnie i płynnie prowadził, jak w polskim. Tymczasem pan Bal stanął koło mnie i okrutnie ciekawie wpatrzył się w Murdeliona. Co widząc, rzekłem do niego półgłosem:
— Co to takiego?
— Słyszysz ty, jak on mówi po włosku?
— Mówi dobrze, bo długo bawił w tym kraju.
— I ty powiadasz, że to nie diabeł?
— Cha, cha, cha! To znów dlatego diabłem ma być, że mówi po włosku? Przecież on równie dobrze mówi po francusku i po niemiecku...
— W imię Ojca i Syna! Jak mnie Bóg miły, to on.
— Nie umiem ci na to nic odpowiedzieć.