— Powiedz, powiedz — dodałem ja z mojej strony — jeden się przy tym zabawi, drugi się może czego nauczy.
— Nauczy? Cha, cha, cha! — zaśmiał się pan podstoli.
— A! Bo to także amator — rzekł mu na to, pokazując na mnie, Murdelio — kocha się jak który z nas niegdy i chciałby z naszych doświadczeń korzystać. Ale i to mu snadź nie pomoże, bo już dobry zrobił początek.
— No, jak to? — zapytał podstoli.
— Wziął rekuzę i wariuje na piękne.
— Miły kolego — rzekł do mnie pan Fredro, głaszcząc mnie po głowie; ale dodał do Murdeliona. — To on nam także swoje opowie, ale teraz siadaj ty i swoje powiadaj.
— To niepodobna — rzecze tamten na to — miłość moja to życie moje. Musiałbym od kolebki zaczynać, a końca i tak byście się nie dowiedzieli, bo go sam nie wiem jeszcze.
— To napijże się i powiadaj choć to, co wiesz, jak mnie kochasz.
— Może co powiem, bo kiedy krotochwila, to niechajże będzie dobra! — rzekł Murdelio i połknął szklanicę wina.
Wtem drzwi się otworzyły i wszedł Bal, wiodąc ze sobą czarno ubranego i siwą, napiętrzoną peruką potrząsającego doktora Gondoniego.