— Śpicie już? — spytał on znowu.
— Ależ dlaczegóż byśmy spać mieli? Cale nie śpimy — odpowiedział pan Fredro — ale powiadaj dalej. Więc to wtenczas zdybaliśmy się we Włoszech?
— Wtenczas! — odpowiedział Murdelio. — Wtenczas! — i wypił kilka szklanek wina od razu.
— Hej — zawołał gospodarz — wina!
Kiedy przyniesiono wino, poczęliśmy pić de noviter repertis344, wymyślając różne zdrowia, to takie, to owakie. I ja piłem równo z nimi, ale mi jakoś nie smakowało, piłem, ale mogę powiedzieć, że mi każda kropla krwi w gardle stawała, kłując mnie jak kość albo piekąc jak ogień. Po chwili Murdelio się znów zaczerwienił i na nowo nabrał ferworu; jakoż, podżegnięty przez gospodarza, mówił tak dalej, urywając już atoli lada chwila345 i popijając całymi szklankami.
— Jakim byłem przez cały pierwszy rok mego pobytu we Włoszech, nie potrzebuję ci tego opowiadać. Krwi by się nikt był mnie nie dorżnął. Drugiego roku dowiedziałem się, że panna moja w kilka tygodni po ucieczce ode mnie poszła za mąż za jakiegoś chudego szlachcica, stolnika rzeczyckiego, i że w siedm miesięcy po ślubie powiła córeczkę. Jedno mnie rozjątrzyło na nowo, drugie pocieszyło cokolwiek. W trzy lata dano mnie znać, że już sprawa moja zagładzona zupełnie. Dotrzymano mnie słowa, wróciłem, i ja też dotrzymałem mojego. Przystąpiłem do partii Familii i przez lat kilka dobrze się zabawiałem. Zrywać sejmiki, pić i agitować ze szlachtą, trząść trybunałami i całym sądownictwem po kraju, cha, cha, cha! To przepyszna rozrywka! Ani na wagę złota nigdzie by jej nie można dostać podtenczas w całej Europie. Kiedy mnie Londyn i Paryż, i Rzym, i Neapol już aż do czczości znudziły swoimi redutami, karnawałami, kobietami, dworami, Polska niespodziewanie przygotowała mi taką zabawę. Hulałem sobie tak przez lat pięć z górą. Porobiłem znajomości po całym kraju, wielu pozyskałem przyjaciół, niektórym znakomite oddałem usługi, niektórym stałem się zgoła niezbędnym. Ale dla moich zamiarów nic nie zrobiłem. Trochę szlachcie łbów natargałem, jednego nawet ścięto za moim powodem, ale nic zresztą. Stolnik rzeczycki, za którego poszła była moja panienka, mieszkał przez cały ten czas na Wołyniu i zapewne tam byli szczęśliwi. Nie chciałem im zresztą przeszkadzać, a lubo346 mnie piekło nieraz we wnętrzu, jednak ciężki już byłem, postarzałem się trochę, na koniec może i sposobności do tego nie było, a może mnie jeszcze jakie inne natenczas zajmowały widoki...
Ale po upływie onych pięciu lat z górą dowiaduję się nagle, że stolnik, zostawiwszy jeszcze drugą córeczkę prócz tamtej, umarł na apopleksję podobno. Wiadomość ta zbiła mnie z tropu. Odpadła mi chęć do burmistrzowania po sejmikach i zjazdach, odpadła ochota do pijatyki i hulanki po dworach, posmutniałem, różne myśli napełniały mi głowę, różne uczucia serce; pojechałem do domu, osiadłem na moim zamku i rok tam cały siedziałem. Śród tego czasu wielka we mnie zaszła odmiana. Wszystkie namiętności, wszystkie ognie pokładły się we mnie. Zapomniałem o zemście nad tym krajem, który mi tyle przyniósł nieszczęścia, nad szlachtą, która nie wiedzieć za co tak mnie nienawidziła i głównie do wydarcia panny niegdy się przyczyniła, nad owym starcem kamiennym, którego przekleństwo ciążyło nade mną. Całą duszę moją zajęła teraz spokojna, silna miłość dla stolnikowej; zapragnąłem widzieć ją koniecznie, jej córkę obaczyć i byłbym oddał wszystko, gdyby ona była oddała mi teraz swoją rękę i ze mną zamieszkała do śmierci. Począłem myśleć nad tym. W tym celu też niebawem kazałem odszukać Gintowta i napisałem list do niego, że mu wszystko zapominam, przebaczam, byle przyjechał do mnie i pomógł mi do wstąpienia na dobrą drogę. Gintowt odpisał mi, że on by mnie się gołą ręką nie dotknął, a kto się mną opiekował dotąd, niech się ten opiekuje i nadal. To mnie zrazu oburzyło, ale po dokładniejszym namyśle jeszcze w głębszy pogrążyło smutek i w czarniejszą zgryzotę. I jadły mnie te smutki znów jaki miesiąc. Nareszcie postanowiłem, bądź co bądź, jakiś koniec uczynić. Pojechałem na Wołyń. Przebrałem się znowu w kontusz i żupan, przybrałem zmyślone nazwisko i zasiadłem u znajomego szlachcica, w sąsiedztwie tej wsi, w której stolnikowa z panem Witem mieszkała. Intrygami zrobiłem to, że stolnikowa przyjechała do tego domu z wizytą — intrygami i to, że ją na chwilę zostawiono sam na sam w sali. Wszedłem tam. Była piękną jak anioł, piękniejszą może niż dawniej. Ale jak tylko mnie poznała, wydała krzyk okropny i zemdlała. Otrzeźwiłem ją i uklęknąwszy przed nią, prawie jednym oddechem wypowiedziałem jej wszystko, co miałem i mogłem końcem dopięcia mojego zamiaru powiedzieć. Nie uwierzyła mi. Ponowiłem zaklęcia, zaostrzyłem przysięgi. Wtedy zmiękła, mówiła ze mną długo, przyrzekła o tym mówić z swym ojcem i rozeszliśmy się. Przez cały tydzień, przez który wyczekiwałem jej odpowiedzi, raj miałem w myślach, raj w sercu, raj w całej duszy mojej. Dnia ósmego dostałem list od niej, w którym mnie zaklinała na wszystkie świętości i obowiązki, abym natychmiast z tego miejsca odjechał, że ona wszystko już zrobi sama i o wszystkim mnie do domu doniesie, żebym tylko był cierpliwy i nie poczynał żadnych kroków gwałtownych. Odpisałem zaraz i przysiągłem najuroczyściej, że natychmiast odjadę, że najspokojniej będę w domu wyczekiwał jej doniesienia, że żadnego, a żadnego kroku nie pocznę, i dodałem niebacznie: choćby rok, choćby dwa, choćby nawet lat dziesięć. Na drugi dzień wyjechałem do siebie. I zacząłem wieść życie porządne, pracowite, gospodarstwu i nadwerężonym sprawom majątkowym oddane. W miesiąc odebrałem list od niej, w którym i pisze, że ojciec jest twardy i nieubłagany, że ani sobie mówić nie daje o mnie, ale żebym był przeto spokojnym i cierpliwym; że ona ma jeszcze całą i pełną nadzieję i że o naszej wspólnej przyszłości ani na jedną chwilę nie zapomni. Wszystko było kłamstwo i oszukaństwo! Bo ani jednego słowa nie mówiła o mnie. Ale ja o tym nie wiedziałem i to mnie jeszcze pokrzepiło i poprawiło. Oddałem się z większą jeszcze usilnością pracy, gospodarstwu, domowi. Począłem na nowo robić znajomości ze sąsiadami; twardo szło zrazu, bardzo twardo, ale kielich pełny i stół otwarty przecie niejednego mi gościa przyciągnął. Przynajmniej ci, którzy byli stronnikami Familii, nie wahali się mnie nawidzić347. W dwa miesiące dostałem list drugi, nareszcie i trzeci od stolnikowej; obadwa były takie same, jak pierwszy, obadwa z bojaźni przed mniemaną gwałtownością moją obiecujące złote góry na przyszłość — jednak nie zrażało mnie to, postanowiłem już czekać. Śród tego czekania jednak widziałem jawnie, że tylko to jedno mogłoby tego starca nakłonić ku mnie, gdyby poprawiona reputacja moja na drodze publicznej doszła do jego uszu. Potrzeba było to zrobić. Otworzyłem tedy na ścieżaj wrota mojego zamku, począłem dawać obiady, wymyślać zabawy, polowania i różne hece i zapraszałem na to szlachtę z bliskich i dalekich okolic. Jednak to mi się nie udało. Co należało do mojej partii albo co było lada jakie, to bywało u mnie tłumami — innych atoli niepodobna mi było przywabić. Omijali mnie jakby dżumę. To mnie gniewało i na nowo jątrzyło; jednak tłumiłem w sobie mocą wszelką namiętność, a raczej rzuciłem się do innego środka. Około tego czasu książę Karol Radziwiłł, jeszcze miecznik litewski, zgromadził był swoją, tyle sławną potem po świecie, bandę albeńską. Banda ta, lubo także nie lada jakie gwałty i roznoszone pomiędzy szlachtę niepokoje były jej codzienną zabawką, miała jednak pewne znaczenie i sympatię w kraju. Postanowiłem przystąpić do niej i odznaczywszy się przy niej jakimiś świetnymi czynami, zmienić o sobie opinię w świecie i dopchać ją do uszów pana Wita. Napisałem więc do księcia, deklarując mój akces. Banda ta ani jej hetman nie wdawali się w pisma, ale odpowiedzieli mojemu dworzaninowi, że przeciw diabłom weneckim chętnie wojować będą, ale sukursu od nich nie przyjmują. Ta odpowiedź, której się wcale nie spodziewałem, wprawiła mnie w wściekłość; zapomniałem o stolnikowej, o miłości mojej, o szczęściu przyszłym, o nadziejach, o wszystkim. Zemsty! Zemsty pragnąłem jak hiena trupów i kości. Ale kiedy już co nie idzie, to już całkiem nie idzie! Chciałem zbuntować tę szlachtę, która u mnie bywała, i uderzyć na Albę348, ale nikt nie miał odwagi występywać przeciwko księciu; i nie dość na tym, że do mnie przystąpić nikt nie chciał, ale jeszcze na nowo wszyscy ode mnie odskoczyli i na nowo jakieś piekielne plotki porozsiewali o mnie. Zostałem znowu sam... ale srodze ciężką była mi ta samotność moja! Zrazu burzyły się we mnie znów wszystkie namiętności, wszystkie pożądliwości, wszystkie złe i dobre pochucie i przez czas jakiś byłem jak wóz długimi podróżami skołatany, przez kilkanaście szalonych koni po kamienistej drodze ciągniony; ale wkrótce konie się zasapały, spieniły, wóz stanął i zastrzęgł349 w błocie. Wtedy zaciąłem zęby i strawiłem w sobie wszystko, co mnie kiedykolwiek dotknęło. Od stolnikowej długo nie odbierałem listu — na koniec dowiedziałem się, że wraz z ojcem i dziećmi gdzieś wyjechała. Na tę wiadomość łzy mi się już tylko puściły z oczu — płakałem. Potem żółć się we mnie wylała, chorowałem, a po chorobie zapomniałem o wszystkim... Wyjechałem po raz trzeci do Włoch. Bawiłem tam znowu lat kilka. Nareszcie król umarł. Nastąpiło bezkrólewie. Powróciłem do kraju. Osadziliśmy tego na tronie, któregośmy chcieli, bez sprzeczki, bez sporu, bez krwi rozlewu. Mruczano wprawdzie na nas trochę po kątach, aleśmy samym spojrzeniem gęby im zamykali. Ja już osiadłem na wieczne czasy na moim zamku i siedziałem na nim spokojnie. Teraz tylko chwilami, kiedy sobie przypomnę szlachtę moją lub stolnikową, wylatuję ze zamku, ale to na czas krótki, na chwilę tylko. Nie masz sprawiedliwości na ziemi! Tam, tam dopiero! — wołał zaczerwieniony Murdelio i oczyma iskrzący. — Tam! — ale pomiarkowawszy się, dodał łagodnie. — Tam będzie kara dla złych, a dla dobrych nagroda.
Myśmy słuchali obadwa z panem Fredrem tej diabelskiej spowiedzi i obadwaśmy, jakby niemi, milczeli. Byliśmy pijani potężnie, a mnie osobliwie dziwnie się kręciło po głowie; różne mi się myśli snuły, różne obrazy i przypomnienia, ale to powtarzałem sobie nieraz, a przynajmniej teraz to mówię: że kiedy się społeczeństwo rozprzęga, takie rodzi potwory.
Tymczasem, klasnąwszy w dłonie, pan Fredro:
— Hej! — krzyknął. — Pić nam dawajcie! — a do Murdeliona łagodnie: — No i jakżeż? I już całkiem nie myślisz o twojej podczaszynej czy stolnikowej?