— Jeszcze dziesięć lat nie minęło — odpowiedział Piotrowicz.
— Cha, cha, cha — zaśmiał się pan podstoli — to już niebawem będzie miała wnuczęta.
Murdelio na to tylko zgrzytnął zębami jak zwierz i nic nie odpowiedział, a tymczasem wniesiono wino. Więc piliśmy znowu. Pan Fredro się chwalił tym winem i prawda, strzelały butelki, pieniły się szklanki, wabiło ono do siebie misternie, ale ja już nie mogłem. Lałem w siebie, ale tylko przez przymus. Murdelio gadał coś dalej, coraz głośniej, coraz dobitniej, ale ja już kiwałem się tylko na stołku i mimowolnie drzemałem.
Aż nareszcie opowiadający coś krzyknął głośniej, z całej siły w stół pięścią uderzył, jam spadł ze stołka na ziemię, a na mnie szklanki, butelki i wina strumienie, które, lejąc się po mnie, piekły mnie i parzyły jak wrząca smoła lub kruszec jaki roztopiony do płynu. Co się koło mnie zresztą działo — nie wiem, bo leżąc popieczony na ziemi, nic nie widziałem; to tylko pomnę, że się zaraz po upadnięciu moim śmiech taki głośny rozległ po całej izbie, że się aż dom zatrząsł cały i podłoga zadrżała pode mną. Po chwili diabeł sam in persona przyszedł do mnie, a wziąwszy mnie pod pachę, rozpuścił ogon i skrzydła i uleciał ze mną w powietrze. Niosąc mnie i gniotąc nielitościwie po żebrach, i wyrzucając nosem i gębą kłęby dymów siarczanych i smolnych, świstał tak przeraźliwie, że aż ciemność owej otchłani, którą szła ta wędrówka, rozstępowała się przed nim. Wtedy to gdzieś daleko pod sobą widziałem ziemię piękną i zieloną, na niej niebieskie wstęgi wód i lasami zjeżonych gór brunatne pasma, na niej wsie spokojne, okolone sadami, święte kościoły, starymi ocienione drzewami, brudne miasta, przykryte mgłami dymów i kurzu... i wszystko to zmieniało się przed moimi oczyma co chwila, i przesuwało się tylko jakby malowana wstęga pode mną, bom ja leciał jak wicher stepowy, bez pamięci, bez końca...
IV
Kiedym śród tych dziwnych wydarzeń na powrót przyszedł do przytomności, dzień już był biały, ja leżałem w łóżku, a mój Węgrzynek stał nieporuszony nade mną.
— Co się dzieje? — zawołałem, przecierając obydwiema rękami sklejone oczy.
— Nic, panie, wszystko dobrze — odpowiedział sługa.
— Gdzież jestem?
— U siebie w łóżku; niech pan będzie spokojny.