Dopiero odetchnąwszy z pełnej piersi i obejrzawszy się dobrze, przekonałem się w rzeczy350, żem jest w domu u siebie i leżę na moim własnym łóżku. Uspokojony tedy cokolwiek, spytałem znowu:

— Jakże ja się tutaj dostałem?

— Nic, panie, wczoraj pan sobie trochę pozwolił i upadł pan przy stoliku koło tamtych panów na ziemię; ja przybiegłem, chciałem pana rozebrać i położyć na łóżko, ale że tamten pan, co to z mnicha się przerobił na pana i pojechał z nami do Hoczwi, chciał koniecznie zaraz odjeżdżać, więc złożyliśmy pana na skarbniczek i przywieźli nocą do domu.

— To mnie przecie diabeł nie niósł pod pachą ponad ziemię! Panu Bogu niech będzie chwała! A gdzież tamten pan jest? Śpi jeszcze?

— O, gdzież tam, panie! Już i miejsce po nim zastygło.

— Jak to! Odjechał?

— Odjechał, panie. Spał może ze dwie godzin, potem godzinę rozmawiał z karczmareczką, która tu wczoraj wieczór przyjechała z Tarnowa, przebrał się i odjechał.

— Z jakąż znów karczmareczką?

— Owa karczmareczka — odpowiedział Węgrzynek — u której my stanęli noclegiem w Tarnowie wtedy, kiedy to się tam szlachta pobiła z żołnierzami; przyjechała tutaj wieczorem i czeka, póki się jegomość nie zbudzi.

— Cóż to może być takiego? — zapytałem się siebie półgłosem, ale z bijącym i niespokojnym sercem, jakby mnie co złego napotkać miało. Rzekłem więc do Węgrzynka: