— To panien trzysta masz koło siebie.

— Ale ja tamtej chcę panny.

— No to śmieszna, kochany Marcinie, jesteś jak dziecko, któremu się szybki z okna albo gwiazdki z nieba zapragnie. Czy nie wiesz, co to „nie można”? Owe szaleństwa za kobietami, owe wzdychające miłości zostaw już Francuzom i Włochom. To ich rzemiosło. Polakom, których umysł z natury stateczny i których serce do wyższych daleko rzeczy niż marna kobieta wzniesione, taka rozrywka nie przystoi, ale może być, bardzo wierzę, ale na to jest rada. Wytchnij trochę, popracuj, zabaw się książkami, wzmocnij i otrzeźwij umysł jaką poważną nauką, a kiedy cię to trochę umęczy i znów wyjedziesz pomiędzy ludzi, to ci się znowu inna podoba panna.

Niechętny i kwaśny wyjechałem z Bereski, przyznam się nawet, żem obwinił pana Błońskiego o stronność i sobkostwo w tej radzie, bo sam miał córkę na wydaniu. Tak to dobrze powiada przysłowie: cum bonis bonus eris, cum malis perverteris356, co się także tak da zastosować, że kiedy człowiekowi jedna zła myśl wlezie w głowę, to już same niepoczciwości ciągną za nią szeregiem.

Powróciwszy do domu, zastałem Węgrzynka, który już wrócił się z swojej podróży i przywiózł mi nowy listek od Zosi. To lepsza dla mnie była rada, skuteczniejsze lekarstwo. Jednakże nie ze wszystkim, ale przecie. Zosia mi pisze, że mój list odebrała, że Panu Bogu najpierwej, potem zaś mnie dziękuje za tę jedyną w jej utrapieniach pociechę. Pisze dalej, że najszczęśliwszą by była, gdyby ją tylko tak zostawiono, jak jest, żeby tylko mogła żyć ze swoimi kwiatkami i o mnie sobie przypominać czasem. Wspomina na koniec, że Lgocki był w Źwierniku ze Stojowskim i swoim wujem, panem Kąkolnickim, że zajechali paradnie, koni nie kazali wyprzęgać, że dwie godzin357 rozmawiali z mamą w osobnym pokoju i potem odjechali, ale ona nie wie, o czym tam mówili, bo mama jej nic dotychczas jeszcze nie powiadała. „I chwała Bogu! — dodaje Zosia — bodajby mnie już i nigdy mama o tym nic nie mówiła”.

Wyczytawszy to i pocieszywszy się tą nową od Zosi wiadomością, głęboko się zamyśliłem. Co być może za przyczyna, że Lgocki tak nagle odjechał? Dostałże on rekuzę? O! Gdyby to było! Ale to niepodobna. Wziąłże całe słowo od matki? Czemuż by o tym Zosia już nie wiedziała? Przecieżby ją matka chociażby tylko dla formy była o jej wolę pytała. Więc i to być nie może. A cóż jest w istocie? I tak filując sobie: czarno czy biało? przechodziłem się z jakie dwie godzin po izbie. Jednakże nic nie wyfilowawszy358 pewnego, wpadłem na tę myśl prostą, że daleko lepiej się o tym z pewnego źródła dowiedzieć. Napisałem więc zaraz list powtórny do Zosi i Węgrzynkowi kazałem się zabierać na popołudniu w nową podróż do Źwiernika. Wypytawszy go jednak o wszystkie szczegóły i wyrozumiawszy, że się doskonale zaprzyjaźnił z tamtejszym ogrodnikiem, że przebrawszy się w inną odzież, wąs i włosy podstrzygłszy, udaje się tam za brata pani ogrodnikowej i że tym sposobem może, jak długo sobie zechce, siedzieć w Źwierniku, rozkazałem mu wziąć parę koni i wózek i postawić go w karczmie we wsi Źwiernikowi sąsiedniej, aby, wziąwszy list lub wiadomość od Zosi, nie potrzebował już czasu tracić na najem podwody, tylko swoją ruszał co prędzej na dzień i noc. Do listu i pieniędzy na drogę dodałem jeszcze:

— Mój Janczi, spraw się dobrze a ostrożnie.

— Niech się pan nie turbuje, niewiele tam ostrożności potrzeba, bo żebym chciał, tobym i w biały dzień szedł na pokoje, i list od panny odebrał: kto by mi co zrobił? Na cały dom tylko stary jegomość i stary sługa.

— Nie bądź głupcem! — fuknąłem mu na to. — I nie powiadaj lada czego. Jaki zuch! W biały dzień iść na pokoje. Rób tak jak każę; główna to, żeby się nikt nie dowiedział, bo jak tylko cokolwiek zmiarkują, to wszystko przepadło.

— Ej! Ja wiem, panie, tylko tak mówię na przykład.