— Nikt nic nie wie, ale ja wiem wszystko. Albom to raz podsłuchiwała pode drzwiami, kiedy, bywało, po całych godzinach rozmawia z panią stolnikową w osobnym pokoju? Nikt nic nie wie, ale ja wiem; to jest przebrany kochanek pani stolnikowej, pan wielki, aż gdzieś het z Litwy czy stamtąd, skąd jest stary jegomość. On się starał dawnymi czasy o panią stolnikową, kiedy jeszcze była panną, i już miało przyjść do tego, ale nadeszła wojna, on poszedł do żołnierzy, potem pojechał z wojną w dalekie kraje, a kiedy wrócił, to już zastał panią stolnikową zamężną. Przymusili ją pójść za stolnika; tak mnie to stary furman powiadał, który tu z państwem przyjechał aż z tamtych krajów. Otóż Murdelio, kiedy z wojny powrócił i zastał panią już zamężną, to bardzo desperował i pani także dnie i noce płakała, bo i ona była jego wolała niż tamtego. Ale cóż, kiedy już ręce były stułą związane? Przecie Murdelio, kochając panią, chciał koniecznie co na to poradzić i może byłby co poradził, gdyby był z Bogiem zaczął; ale on diabłu duszę zapisał i z jego namowy męża pani zabił. Potem chciał się z panią żenić, ale już pani nie chciała. Otóż on za swój grzech teraz pokutuje, a jak go odpokutuje, to się z panią ożeni. I pani jakoś teraz już nie bardzo ma ochotę iść za niego; podobno go się boi, ale przecie pani go kocha jeszcze. Pani by wszystko dla niego zrobiła, tylko iść nie chce za niego, a on nieraz tak prosi, tak ją po rękach całuje, klęka przed nią, dalibóg, panie, on klęka przed nią, sama to przez dziurkę od klucza widziałam. Ale na co jej tego? Kiedy on już diabłu duszę zapisał, a kiedy by pani poszła za niego, to i jej dusza pewno by przepadła... i ona pewno nie pójdzie za niego; ale żeby jej tylko słówko powiedział, to Zosię zaraz by panu dała.

Kiedy ta karczmareczka mówiła, ja się przechodziłem po izbie i słuchałem jej pilnie, gdy atoli skończyła, ja stanąłem i rzekłem:

— Moja droga! I ja także cokolwiek wiem o tej historii, bo i ja podsłuchiwałem pod drzwiami pani stolnikowej, a lubo ta rzecz ma się wcale inaczej, niż ty powiadasz, to jednak proszę cię i zaklinam na wszystko, żebyś o tym nikomu ani jednego słowa nie wspominała. To, co pani stolnikowa dziś cierpi, czy to wskutek dziwnego tylko przypadku, czy wskutek własnej słabości, której opanować nie umie, powinno zostać tajemnicą na wieki. Ja sam nawet, choćby nie dla niej, to dla siebie i Zosi, jestem koniecznie za tym, żeby to się nie rozsiewało, bo chociaż wiadomość moja o tym nigdy na nic mi się nie przyda, bo takiego środka do dopięcia mojego celu nigdy nie użyję, toż gdyby się ona rozniosła pomiędzy ludzi, mogłaby mi bardzo szkodzić. Dlatego też i to powiadam tobie, że projektu, który mi podajesz, cale353 nie uskutecznię. Jeżeli jest w tym wola Boża, ażeby Zosia była moją, to się to stanie bez cudzej pomocy. Gorzki by mi był dar ten, który by mi przyszło przyjąć z ręki Murdeliona.

— Ja nie widzę nic w tym złego — rzekła mi na to karczmareczka — jeżeli jegomość Murdeliona użyjesz za swata; człowiek sobie radzi, jak może.

— Zostawże już to mnie, moja kochana — odpowiedziałem i urwałem rozmowę. Po chwili jednak, począwszy na nowo, obradziłem się z karczmareczką, że bądź co bądź później uczynić wypadnie, teraz przynajmniej należy chwytać za to, co sam los szczęśliwy podaje, i z Zosią stałe utrzymać relacje. Wielka to będzie dla nas obojga ulga i pociecha. Ale ponieważ ona mi powiedziała, że na żaden sposób często do Bóbrki przyjeżdżać nie będzie mogła, bo jej mąż jeszcze ciągle siedzi w kałauzie, a nawet już raz powiadano, że go wieszać będą, więc zdecydowałem się pod jej opiekę oddać mojego Węgrzynka, którego ona obiecała tak introdukować354 w Źwierniku, żeby mógł, przez nikogo niepostrzeżony, tylko przez wtajemniczyć się w to mającego ogrodnika tamtejszego sukursowany355, listy od Zosi odbierać, mnie przywozić i nawzajem jej moje doręczać. Tymczasem zaś, odpisawszy list Zosi, w którym jej wypisałem wszystkie moje afekta i na wszystko najświętsze zakląłem, aby tylko czas jakiś wytrwała, oddałem go karczmareczce, naładowałem jej wóz leguminami, wędlinami i Węgrzynkiem, dodałem do tego jeszcze kilkanaście dukatów i wyprawiłem z Panem Bogiem do Tarnowa. Sam zaś zostałem znowu smutny i srodze rozmiłowany, o tyle jednak miałem się lepiej, o ile mi wiadomość od Zosi przyniosła ulgi i nadziei.

Tego dnia po obiedzie przysłał pan podstoli kozaka do mnie z zapytaniem, jak się mam i czym zdrów dobrze, zapraszając mnie oraz, iżbym chorego Urbańskiego odwiedził. Ale ja, zapewniwszy się od kozaka, że pan Urbański ma się o wiele lepiej, kazałem powiedzieć, żem niezdrów i że kilka dni muszę pozostać w domu. Chciałem być sam z moimi myślami tylko i z listem Zosi, któren, po kilka razy do dnia odczytywany przez mnie, wielką mi sprawiał pociechę, a nieraz nawet taką ułudę, jakbym zgoła z samą Zosią rozmawiał. I to mi było najmilej.

Tak w różnych myślach i przypomnieniach minęło mi znowu dni kilka. Ale jeżeli przypomnienia te, im częściej je przywoływałem przed oczy mej duszy, tym mi się stawały milszymi, toż myśli moje tylko coraz to czarniejszy wlokły za sobą smutek. Bo i jakżeż nie było mnie być smutnym natenczas?... Czyż listy Zosi nie były tylko chwilową i nader kruchą pociechą? Czyż wykryte przez matkę, co się lada chwila stać mogło, nie pogorszyłyby całej tej sprawy i nie przyćmiły jeszcze bardziej wszelkich naszych nadziei? Czyż miałem jaką pewną postępowania drogę nadal wytkniętą? Czy mogłem liczyć na czyją pomoc? Czy mogłem liczyć na pomoc boską, nie pomagając sam sobie? O! Smutny, bardzo smutny był stan mój natenczas, tym smutniejszy, ile że to wiedziałem do siebie, że z namysłem jeszcze żadnego przedsięwzięcia nie doprowadziłem do skutku. Byłem młody i czerstwy i Pan Bóg rzucił młodość moją w takie czasy, w których wiele było do czynienia... i nie mogę powiedzieć, jak tylko to, że wiele rzeczy się już do tego czasu było zrobiło, za które czy to obywatelstwo, czy przełożeni moi otwarcie wypowiedzieli mi wdzięczność, jednakże nic pewniejszego nad to, że żadnego z owych wielu przedsięwzięć nie podejmowałem inaczej, tylko tak, jak Bóg dał, zaraz z pierwszego natchnienia. I udały się wszystkie. Co atoli i kiedykolwiek tylko przedsiębrałem, a od razu mi się nie udało, to pewnie już nigdy nie przyszło do skutku. Cudze rady, cudze doświadczenia nigdy mi się na nic nie zdały. I byłli to przymiot tylko mój osobisty, nie chcę tutaj rozstrzygać: to jednak wiem z doświadczenia, że jest to przymiot opłakany. Bo czyż nie płakać nad tymi, których szczęście i powodzenie stoi zawsze tylko na jednej chwili? Czy nie płakać nad tymi, którzy zresztą zawsze cudzej potrzebują porady i cudzego rozumu? Nędzne takich jest życie, nędzniejsze jeszcze przeznaczenie. Z olbrzymimi fortunami pójdą w niedostatek i nędzę! I nie pozostanie im nic, tylko ta okruszyna z każdym dniem bardziej więdniejącego serca, którym, płacząc nad swoim głupstwem i niedolą, zaledwie litość potrafią obudzić dla siebie u bliźnich.

Ale cóż było robić! Wiedziałem to i wahałem się długo, jednakże dnia jednego pojechałem do pana Błońskiego, do Bereski, na radę. On to był, który za najmądrzejszego uchodził w całej ziemi sanockiej, on, który w najzażylszej przyjaźni żył z moim ojcem, on na koniec, który mi ranne ożenienie poradził; niechże mi teraz poradzi, co począć z rannym sercem i ranną miłością. Ale jeżeli to lichy rozum jest, który cudzej potrzebuje porady, toż nierównie lichszy jest ten, który w miłości idzie się radzić ludzi starych, którzy już dawno zapomnieli co miłość. Pan Błoński nie tylko mi nic nie poradził, ale jeszcze, pomimo całego rozumu swojego, ani zrozumieć nie mógł, czego ja właściwie chcę jeszcze w tej sprawie.

— Dostałeś rekuzę — mówił on — panna jest obiecana innemu, czegóż ty jeszcze chcesz?

— Panny! — odpowiedziałem niecierpliwie.