— Mówże — rzekłem do niego — co jest, bo mi serce pęknie.
— Nic jeszcze nie jest — odpowiedział on — ale dobrze będzie.
Jam zapomniał o wszystkim i rzuciłem mu się na szyję, wołając:
— O zbawco mój! Kimkolwiek jesteś, człekiem czy szatanem, niech ci Bóg nagrodzi!... Tylko, na miłość Boga, mów, mów prędko, co się stało?
— Pomału! — rzekł Murdelio z wielką flegmą i mocno mi się patrząc w oczy. — Tylko pomału; nic się jeszcze nie stało, ale wszystko się stać może i stanie się, co zechcemy.
Tu urwał i nastąpiła długa chwila milczenia. Jam siedział jak na węglach, ale nie śmiałem nic mówić. Przez tę chwilę srogi człek ten, z wolna obracając tabakierę w rękach, patrzył mi ciągle w oczy i męczył mnie bez miłosierdzia; jednakże w końcu rzekł:
— Więc ty konkurujesz na Rusi?
Jam spuścił oczy ku ziemi. A on znowu:
— Widzisz, na co to tego. Nigdy kłamstwo się długo nie ukryje ani też nieufność może kiedykolwiek dobre przynieść owoce. Zawezwałeś mnie aż z klasztoru na radę, ale zawezwałeś mnie na to, aby mnie okłamać. Gdybyś mi był od razu powiedział tak, jak jest rzecz, dotychczas może by było już wszystko zrobione...
Jam wprawdzie powiedział karczmareczce, że nigdy Murdeliona do pomocy w tej imprezie nie wezwę, i Bóg mi jest świadkiem, że takie miałem przedsięwzięcie... ale w sprawach serca jakże człowiek jest słaby!... W onej chwili jam nie wzywał, alem prosił, błagał, zaklinał Murdeliona, ażeby, jeżeli może, pomógł mi w tej sprawie. On mnie słuchał i po swojemu, zimnym okiem, patrząc na mnie, nic mi nie przerywał, nic nie odpowiadał, aż kiedym skończył, rzekł znowu swoje: