Kiedy się człowiek więcej troszcze, niźli trzeba.
Tak mnie uspokoiwszy i pokrzepiwszy na duszy, mój ksiądz misjonarz wsiadł na swój wózek i odjechał. Ofiarowałem mu kałamaszkę i moje konie, jako wygodniejszy sprzęt do odbywania podróży, ale nie przyjął, mówiąc, że mu się nie godzi wymyślać i kontent jest bardzo, kiedy ma chłopską podwodę; bo wszakże gorzej i niewygodniej byłoby mu podróżować piechotą, a i to przecie praktykowało się nieraz i praktykuje bez żadnej skargi, ba, i bez myśli nawet, że to jest niewygodnie. Taka to skromność była w tym człowieku.
Ja zaś, zostawszy sam, lubo374 mnie nieraz tęsknota ściskała za serce, a Zosieńka co chwila stawała przed oczyma, byłem jednak dobrej myśli i wcale375 spokojnie wyczekiwałem powrotu mojego Węgrzynka. Spokojnie, mówię, bo i wzmocniony byłem dusznie376 przez misjonarza i pewny byłem, że Węgrzynek prędzej później przecie z pewną wiadomością od Zosi powróci, boć to jasną mu dałem na drogę naukę. Ale minął dzień jeden i drugi, i trzeci, ba! i czwarty, i piąty, i tydzień nareszcie, a jego jak nie ma, tak nie ma. Zacząłem pomału zapominać misjonarskie nauki, a drażniony próżnym wyczekiwaniem, zwłaszcza gdy dzień ósmy i dziewiąty bez wiadomości o nim przeminął, zacząłem na dobre się niecierpliwić. Ale cóż i kiedy pomogła komu niecierpliwość? Minął dzień jedenasty i dwunasty tak samo, moja niecierpliwość wzrosła do wysokiego stopnia, postanowiłem już tylko dzień jeden czekać, a dalej już ruszać sam przeciw niemu, aż tu dnia trzynastego, a było to właśnie w samą niedzielę, kiedy się ubierałem rano, aby pójść na mszę świętą, nie wiem jakim sposobem włożyłem żupan na wywrót na siebie. Rzecze też do mnie wyrostek Serednicki (szlacheckie dziecko ze Serednicy, a syn owego to Serednickiego, któregom był wziął z sobą do konfederacji, kiedym za trzecim nawrotem do niej się wybrał):
— Chowajże Boże dziś od jakiego nieszczęścia!
— Ot! Nie pleć lada czego i nie wywołuj wilka z lasu — odpowiedziałem mu na to, bo cale mi się żadne nie przywidywało nieszczęście.
Jakoż i zupełnie spokojnie zeszłem377 na mszę świętą i jeszcze spokojniej powróciłem. Po obiedzie różnymi myślami, które to w samotności zwykle gromadami cisną się do głowy, zajęty, przechodziłem się po pokoju i już zaczynałem smutnieć sobie po trochę, kiedy na dobrych parę godzin przed zmrokiem przyjechał pan Fredro z panem Balem do mnie. Kontent byłem nareszcie z tego i wybiegłem do nich na ganek, a tu zaraz pan podstoli obaczywszy mnie i jeszcze prawie nie wyłażąc z powozu, rzecze wesoło:
— Mospanie! Bardzo to niepięknie dla ciebie, że kłamiesz.
— A to kiedy się stało? — zapytałem zdziwiony, bo niczym się tak nie brzydzę, jak kłamstwem i jeszcze mnie podobno nikt na nim nie złapał. Ale on na to:
— Bodajby i niedawno: powiedziałeś kozakowi, żeś chory, a ono widzę ciebie jakby lwa zdrowego i czerwonego. — Tedy ja:
— Możem ja i nie bardzo pokłamał, bo jeszcze to niekoniecznie jest zdrów ten człowiek, który czerwono wygląda, owóż i lew, choćby najbardziej zachorzał, zawsze jeszcze jako lew patrzy i umrze, i po śmierci jeszcze każdy po nim pozna, że lwem był za życia.