— Nie chwal no ty się tak bardzo tą lwią naturą — rzecze znowu pan Fredro — bo i lwów bieda bija, a to o tyle mocniej, o ile więcej zapominają, że im lwami być przynależy.
— Otóż to jest! — zawołałem ja na to. — Lwem się urodzić, to nic nie kosztuje, bo to dar boski i rodzicielski; ale lwem się utrzymać ledwie dziesiąty potrafi.
— Tak, tak, panie bracie — odpowiedział pan podstoli, kończąc i biorąc mnie pod rękę, aby ze sieni przejść do pokojów. — Tak, panie bracie; i ja byłem lwem kiedyś, i ot! głupstwo, włoska mysz mnie ugryzła i na nic zeszedłem.
Z tym weszliśmy do izby. Więc ja najpierw przeprosiłem moich gości, że muszę wyjść na chwilę, i zaraz wybiegłem, aby rozporządzić jakie takie przyjęcie. Jakoż w niedługiej chwili zastawiono przednie wino węgierskie, jeszcze chowu nieboszczyka mojego ojca, piernik prawdziwy toruński, małdrzyki378, kawał marcepana dziwnie pięknie upieczonego a sprowadzonego aż z Przemyśla, i innych jeszcze specjałów po trochę, aby się panowie nie krzywili na moje przyjęcie. Piwnica po moim ojcu została się tak doskonała, jak mało gdzie w okolicy; było też w niej wino szampańskie, ale nie dawałem go zaraz, aby też nie myśleli, że ich aż winem targowym379 przyjmować muszę, swego nie mając. Warto zresztą było im co dobrego zastawić, bo znawcy byli; jakoż zaraz pan podstoli, pokosztowawszy tego wina, rzekł do mnie:
— Teraz wcale się nie dziwuję, dlaczego nieboszczyka skarbnika, którego przyjaźnią szczyciłem się od młodości, wszędzie brano na sędziego do winnych procesów, że mu aż nawet tytuł winnego sędziego przyczepiono w obywatelstwie! Ale, proszęż ciebie, gdzież było to wino, kiedyśmy na święty Marcin byli u ciebie w Rabach?
— Nie podawałem go tam — odpowiedziałem na to z uśmiechem — bo, między nami mówiąc, wiele górskiego tałatajstwa się najechało; ot, tak między sobą, to co innego; ale wypijcie jeno to, to może jeszcze i lepsze się najdzie.
Oni też pili i smakowali sobie w tym moim winku, co mnie bardzo cieszyło. Spytam też nareszcie:
— Jakże się ma pan Urbański?
— Lepiej, lepiej, chwała Bogu — odpowiedział pan Bal — chciał już z nami tu jechać.
— Widzisz, panie kasztelanicu — rzekłem do niego — że nie diabeł to był ów Piotrowicz.