— A żołnierz? — rzekłem. — A odwach cały? Przecież to wszystko nie śpi w nocy.

— Gdzie tam, panie! Śpią jak zabici.

Dobrze to powiadał Węgrzynek, ale przecie mnie jakoś nie kwadrowała ta planta412. To uciekanie, lubo może rzeczywiście środek na razie najlepszy, jednak jakoś mnie nie przemawiało do serca; wybić się lub zapłacić, oto były rzeczy, które byłbym podjął natychmiast, ale uciekać na żaden sposób. Zresztą, zapewnił mnie przecie Konopka, że pamiętają o mnie i że mi włos z głowy nie spadnie; więc wierzyłem temu słowu kawalerskiemu i odmówiłem, ba! odprosiłem Węgrzynka od tego projektu, obiecując jednak, iż sam się do niego przychylę, jeżeli się rzeczywiście przekonam na śledztwie, że jest aktualne niebezpieczeństwo o szyję!

Tegoż dnia zaraz zaprowadzono mnie na śledztwo. Praktyka ta odbywała się w dużej sali ratusznej, na piętrze, prawie nad naszym kałauzem; a było tam wszystko tak po formie, że aż dreszcz przejmowała od samej ciszy i powagi, jak to pospolicie bywa u Niemców. Więc na środku stał stół ogromny, zielonym suknem przykryty, na nim krucyfiks, dwie świece woskowe, na nim księgi ogromne w wielką skórę oprawne, stosy papierów, kałamarze, pióra, nożyce, pieczęcie. Za stołem, wprost naprzeciw drzwi siedziało trzy figury, wszystkie z niemiecka przybrane; więc we środku jakiś najstarszy, w ogromnej pudrowanej peruce, w okularach na nosie i w sukni czarnej aksamitnej; przy nim po lewej drugi taki sam, troszkę mniejszy, po prawej zaś jakiś wojskowy, pewno major albo sędzia pułkowy, wszystko po swojemu ubrane, a na twarzach wygolone jak dłoń. Przy końcu stoła po prawej siedział pisarz nad papierami, Czech, ale także z niemiecka ubrany; po lewej zaś, trochę opodal od stołu, dwóch waszeciów Polaków, pewno na świadków zaproszonych, z których w jednym zaraz poznałem owego starszego patrona, który był przy tej fatalnej burdzie — i to mnie trochę pomięszało.

Kiedym wszedł, pokłoniłem się, oni mnie się odkłonili, kiwając głowami, tymczasem zaś sługa podał mi stołek, na którym naprzeciw onego stołu trochę opodal usiadłem.

Najpierw tedy zaczął się długi certament413, jakiego mamy używać do rozmowy języka. Z nich żaden nie umiał ani słowa po polsku, ja ani w ząb po niemiecku; Czech umiał wprawdzie siedm języków, ale wszystkie po czesku; frasunek tedy pomiędzy nimi był wielki, bo ja się zaparłem każdego innego języka; ale kiedy mi powiedziano, że to nic nie pomoże, bo oni użyją tłumacza, co tylko sprawę moją odwlecze, więc rad nierad zgodziłem się na język łaciński, który oni wszyscy umieli.

Dopieroż kiedy to się zaczną wypytywania: Jak się zowię? A ile mam lat? Jakie familijne koneksje? Gdziem chodził do szkół? Czegom się uczył? Com robił w każdym roku mojego życia? Jaką mam fortunę itd. Boże! Jeszczem nigdy nie był na takiej spowiedzi; a trwało to wszystko z jakie dwie godzin, bo każde słowo moje powtarzali, a potem pisali, czytali i znów poprawiali, żem się nadziwić nie mógł cierpliwości tych ludzi, której by między naszymi za żadne skarby świata nie znalazł.

Książka ta, w którą moje wszystkie odpowiedzi zapisywano, nazywała się protocollon, a pytania, które mnie dotyczas dawano, generalia414; po których skończonych przeszliśmy ad specialia415. Tu jeszcze gorzej, bo jak mnie zaczęto wybadywać: A czym był tego dnia w Tarnowie? A po com tam przyjechał? A jakie konie, jakich ludzi, jaką broń miałem ze sobą? itd., to na mnie aż poty biły od samego siedzenia. A im nic: tabakę sobie zażywają, szwargoczą pomiędzy sobą i swoje robią, jak gdyby to była rzecz najzabawniejsza. Tedy mówi mnie starszy sędzia:

— Waćpan powiadasz, żeś żadnej palnej broni nie miał ze sobą, a tymczasem tu się inaczej pokazuje; zeznania bowiem jmć panów tego a tego, zacnych a wiarygodnych mieszczan tutejszych, uczynione w numerze tym a tym, pod datą tą a tą, świadczą dowodnie, że waćpan miał parę kulami nabitych pistoletów ze sobą, z których z jednym wybiegłeś ze swojej kwatery i wystrzeliłeś pomiędzy bijących się między sobą tych a tych, wskutek którego to strzału człowiek ten a ten raniony został w pierś i z tej rany tam odniesionej umarł w szpitalu, dnia tego a tego. — Ja też na to, powstawszy z stołka:

— Mości panowie! — rzekę — macie przed sobą człowieka, który nieświadom ani waszego języka, ani praw, ani zwyczajów. Widzę, że mnie obwiniacie o występek, na który u was pewno, jeśli nie główna, to inna jakaś ciężka naznaczona jest kara. Żem w tej sprawie nic a nic nie jest winien, przyszłość pewno pokaże; ale gdybym był nawet co winien, godziż to się sądzić mnie podług praw cudzych, których ja nie znam, a więc do których i postępowania mojego stosować nie mogłem? Godziż to się, kiedy już być inaczej nie może, sądząc mnie podług praw mnie nieznanych, nie dodać mi nawet obrońcy żadnego, który by za mnie odpowiadał i jako przynależy, mnie bronił? Ja apeluję do sumienia waszmościów; samiż osądźcie, czyli to, czego żądam, nie jest słuszne i sprawiedliwe?